W realiach nadmiaru "łóżek" oraz niemożliwych do zaspokojenia potrzeb szpitali (zwłaszcza tych większych), paradoksalnie najłatwiej trafić właśnie do szpitala. Szczególnie zdrowym. Gorzej mają ciężko chorzy, którzy giną w tłumie...

REKLAMA
Z wielkim uznaniem przeczytałem w Dzienniku Gazecie Prawnej z 20 marca artykuł red. Klary Klinger o polskim szpitalnictwie. Tytuł mówi wszystko. „Paradoks opieki zdrowotnej: z muchą w oku do szpitala”. Głos rozsądku na tle powszedniego larum okraszonego pokrzykiwaniami oburzonych. Bez potrzeby tabloidyzowania rzeczywistości. Okazuje się, że można opisać problem językiem faktów a nie mitów.
Główny przekaz zawiera się w twierdzeniu, że chorobą naszej ochrony zdrowia jest patologiczna dysproporcja między wydatkami na opiekę szpitalną i „pozaszpitalną”. Podpisuję się pod nim obiema rękami. Problem – co również dostrzega Autorka - jest dziedzictwem minionych czasów, które – w obliczu realnych lub wyimaginowanych zagrożeń – „produkowały” łóżka szpitalne w nadmiarze. Dopóki państwo płaciło „za zasoby”, wielkich kłopotów nie było. Pojawiły się od kiedy zadecydowano, że płacić należy „za usługi”. Nagle okazało się, że ze sprzedaży usług – o określonej jakości oraz wartości – większości szpitali trudno się utrzymać. A ponieważ łatwiej jest żądać większych pieniędzy niż podejmować decyzje o restrukturyzacji, w sposób naturalny uruchomił się mechanizm „podkradania” środków - skąd tylko się da - przez przerośniętą i ciągle nienasyconą „bazę szpitalną”.
Autorzy reformy włożyli sporo energii w przekonywanie zarówno decydentów jak i opinii publicznej, że należy dowartościować opiekę ambulatoryjną i długoterminową. Ponieważ one stanowią alternatywę dla kosztownego leczenia szpitalnego. Wszyscy to wiemy, ale nadal nic z tego nie wynika. Szpitale stanowią siłę, wobec której każda racja skazana jest na porażkę. Nec Hercules contra plures! To prawda, że są w większości niedofinansowane. Między innymi dlatego, że ich właściciele (zwani onegdaj organami założycielskimi) mają ograniczone możliwości lub chęci, by cokolwiek zmienić. Ale z tego powodu od blisko 15 lat stosuje się finansowy drenaż. W efekcie niemal każdy zaoszczędzony czy pozyskany dodatkowo pieniądz wsiąka w szpitalną gąbkę.
Jak pisze Autorka artykułu „Ministerstwo Zdrowia i NFZ próbują odciążyć szpitalnictwo i przenieść więcej obowiązków na specjalistów i lekarzy rodzinnych. Efekty są jednak mizerne. Podobnie jak mizerne jest promowanie zabiegów ambulatoryjnych, by ludzie nie wybierali szpitala. W ubiegłym roku podniesiono wycenę tych wizyt, które są połączone z badaniami. Jednak z analizy NFZ wynika, że blisko połowa wszystkich wizyt, to te po receptę”
Trudno oczekiwać spektakularnych efektów, jeśli konstrukcja mechanizmu finansowania wciąż zachęca do hospitalizacji. Zwłaszcza w obliczu struktury medycznego rynku, w którym dominuje szpitalnictwo. Wg OECD Health Data 2012 mamy obecnie w Polsce 4.4 łóżka szpitalnego na 1000 mieszkańców. Dla porównania – w Finlandii wskaźnik ten wynosi 1.8, w Szwecji 2.0, w Danii 2.9, w Holandii 3.0, w Szwajcarii 3.1, zaś we Francji (która ma relatywnie dużo szpitali) „aż” 3.5. Bogatych nie stać na przerosty...
Szpitale oczywiście muszą się utrzymać ze sprzedaży usług. Zatem im więcej na utrzymaniu, tym więcej pacjentów trafia do szpitala, zamiast być leczonych gdzie indziej. To także widać po liczbach. Roczna ilość hospitalizacji w przeliczeniu na 100 000 mieszkańców wynosi w naszym kraju 20 288. Dla porównania w krajach przywołanych powyżej wskaźnik ten wygląda następująco – Finlandia 18 159, Szwecja 16 306, Dania 17 154, Holandia 11 584 (!), Szwajcaria 16 887 i Francja 16 859. Zatem wszędzie tam od 2000 do 9000 chorych na każde 100 000 mieszkańców zamiast trafiać do szpitala pozostaje pod opieką poradnianą lub długoterminową. Uwzględniając wyniki leczenia, nakłady oraz poziom zadowolenia z opieki wydaje się, że korzystają na tym wszyscy...
W naszych realiach, wobec nadmiernej podaży „łóżek” oraz niemożliwych do zaspokojenia potrzeb szpitali (zwłaszcza tych większych), paradoksalnie najłatwiej trafić właśnie do szpitala. Szczególnie tym z tytułową muchą w oku. Gorzej mają ciężko chorzy, którzy giną w tłumie. Dla nich często brakuje miejsca z powodu „nadwykonań”. One zaś mają skłonić płatnika do odkręcania finansowego kurka, który niewidzialna ręka urzędnika systematycznie próbuje próbuje przykręcać. Chodzi o to, by wymusić zmianę. Zmiana wymaga jednak decyzji właściciela, który unikając ryzyka broni się przed ich podjęciem. Koło się zamyka.
Rozwiązanie nasuwa się samo. Nie wymaga tajemnej wiedzy. Potrzeba „tylko” współpracy, odwagi i konsekwencji w podejmowaniu decyzji. I jak najmniej polityki...