Niebezpieczne związki medycyny z biznesem nieustająco wywołują emocje. Nic dziwnego. Wiadomości z kraju i ze świata ujawniają co rusz maskowaną z trudem patologię. Tłuste honoraria za pseudobadania, turystyka kongresowa czy choćby „tylko” zakrapiane kolacyjki wciąż nie należą do rzadkości.

REKLAMA
Niebezpieczne związki medycyny z biznesem nieustająco wywołują emocje. Nic dziwnego. Wiadomości z kraju i ze świata ujawniają co rusz maskowaną z trudem patologię. Tłuste honoraria za pseudobadania, turystyka kongresowa czy choćby „tylko” zakrapiane kolacyjki wciąż nie należą do rzadkości. Czyżby cel - pożądany wzrost sprzedaży – miał moc uświęcania środków? Chyba nie, skoro przemysł farmaceutyczny od dziesięcioleci zmaga się z wizerunkiem skrajnie pazernego i przeżartego korupcją monstrum. Bezskutecznie.
Z problemem niebezpiecznych związków medycyny z biznesem od dziesięcioleci zmagają się poważne instytucje na wszystkich kontynentach. Również bezskutecznie. Kontaktów pomiędzy branżą farmaceutyczną a środowiskiem medycznym i naukowym uniknąć się nie da. Co więcej, próba ich uniknięcia byłaby równie nierealna, co pozbawiona racji. Żyzna gleba pogranicza medycyny i biznesu rodzi wszakże to, co się na niej posieje. Z pomysłu i pasji najczęściej wyrośnie coś dobrego. Ale z ziarna nieuczciwości z pewnością nie, choćbyśmy profilaktycznie wylali tony pestycydów. Innymi słowy – restrykcje nie załatwią wszystkiego. Dotkliwe kary jedynie studzą zapał do złego, ale nie rozwiązują problemu. Potrzeba czegoś więcej.
Temat „niebezpiecznych związków” powrócił w minionym tygodniu na łamy dzięki konferencji „Przejrzystość w relacjach środowiska medycznego z przemysłem”. Organizatorem spotkania była Naczelna Izba Lekarska we współpracy ze Związkiem Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA. W trakcie konferencji zaprezentowano m.in. wyniki badania opinii środowiska lekarskiego na temat konfliktu interesów. Okazuje się, że chociaż teoretyczna wiedza na ten temat jest dość powszechna, konflikt deklaruje jedynie 13% badanych lekarzy. I choć 93% uważa, że zgubnych skutków utraty bezstronności można uniknąć głównie dzięki samokontroli, to aż 2/3 dostrzega potrzebę większej przejrzystości.
Na przekór sceptykom, zwolennikom globalnego spisku oraz tym, którzy po prostu „wiedzą lepiej” potrzeba większej przejrzystości wychodzi naprzeciw planom branży farmaceutycznej. Europejska Federacja Przemysłu i Stowarzyszeń Farmaceutycznych EFPIA wraz z zrzeszonymi w niej lokalnymi organizacjami wprowadza obowiązek jawności powiązań ze środowiskiem lekarskim i naukowym. Zgodnie z nim od roku 2016 każdy będzie mógł sprawdzić z jakimi firmami i za ile (!) współpracuje wybrany medyk. Rejestrowane mają być wszystkie uzyskiwane korzyści – sponsoringi, płatne wykłady, honoraria za artykuły etc. Policzone, zważone, rozdzielone. W dodatku publicznie dostępne. Jeśli zgodzimy się, że nie ma skuteczniejszej kontroli niż obywatelska – a jest? - cóż lepszego można zaproponować?
Podobne pomysły są już zresztą realizowane w świecie. Wspominałem onegdaj amerykańską Sunshine Act, która weszła w życie w bieżącym roku. W Europie przewodzi – jak zwykle – Holandia, gdzie działa już z powodzeniem portal internetowy publikujący rejestr lekarsko - farmaceutycznych korzyści. Krok za nią plasują się Wielka Brytania i Słowacja. Chociaż więc nie jesteśmy pionierami, to nie możemy odmówić sobie udziału w czołówce.
Marzy mi się na ten temat poważna dyskusja. Nie faszerowana inwektywami hejterada, ale rzeczowa wymiana poglądów. Liczę więc, że kiedy już wybrzmią rychłe epitety tudzież postulaty w rodzaju nacjonalizacji przemysłu farmaceutycznego dane nam będzie wspólnie zastanowić się nad skutkami zwiastowanej jawności. Czy można bowiem zaufanie budować inaczej niż pokazując, że nie ma nic do ukrycia?