„Uwaga, różyczka” – alarmujący tytuł z pierwszej strony wysokonakładowego dziennika sprzed kilku dni. Pod nim informacja na temat ostrzeżenia wydanego przez Centrum Kontroli Chorób i Prewencji (CDC) w Atlancie o panującej epidemii.

REKLAMA
„Uwaga, różyczka” – alarmujący tytuł z pierwszej strony wysokonakładowego dziennika sprzed kilku dni. Pod nim informacja na temat ostrzeżenia wydanego przez Centrum Kontroli Chorób i Prewencji (CDC) w Atlancie o panującej w Polsce i Japonii epidemii różyczki. Według tej, skądinąd poważnej i pożytecznej instytucji, w naszym kraju zanotowano w bieżącym roku ponad 26 tysięcy zachorowań. Amerykanów poinformowało o tym nie byle jakie źródło – The New York Times - gazeta o nakładzie ponadmilionowym. Kto więc różyczki się obawia, niech lepiej trzyma się od nas z daleka lub na wszelki wypadek zaszczepi, jeśli szczepiony nie był...
W zasadzie wypadałoby zadać pytanie - skąd amerykańscy epidemiolodzy czerpią wiedzę o Polsce? Gwoli objaśnienia lub przypomnienia – obowiązek zgłaszania podejrzenia lub rozpoznania choroby zakaźnej wynika u nas z ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi. Każdy lekarz, który podejrzewa lub stwierdza chorobę zakaźną ma obowiązek zgłoszenia tego faktu w ciągu 24 godzin do powiatowego inspektora sanitarnego. Służy temu specjalny formularz, do którego wpisuje się wymagane dane. Między innymi informację, czy chorobę rozpoznaje się wyłącznie na podstawie objawów klinicznych, czy też potwierdza się je wynikami badań dodatkowych (szczególnie mikrobiologiczno – serologicznych).
Dane zbierane z poziomu powiatu za pośrednictwem organów wojewódzkich oraz głównego inspektora sanitarnego trafiają do właściwych rejestrów. Na ich podstawie publikowane są krajowe raporty dotyczące zakażeń i chorób zakaźnych. Oprócz tego, zgodnie z międzynarodowymi przepisami, zbiorcze informacje wysyłane są do Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) w Sztokholmie oraz do WHO. Stamtąd - na zasadzie wymiany – do bliźniaczych agend na innych kontynentach. Żyjemy wszakże w globalnej wiosce.
Opinie krajowych ekspertów na temat zdiagnozowanego przez CDC zagrożenia są różne. Z jednej z nich można wnioskować, że powodu do niepokoju nie ma. Problem wynika z faktu, że różyczkę rozpoznają u nas lekarze pierwszego kontaktu niemal wyłącznie na podstawie objawów. Gorączka, wysypka, powięszone węzły chłonne – szczególnie na karku – piszemy „różyczka” i problem z głowy. Mało kto zleca dodatkowe badania. Tymczasem zgodnie z wymaganiami UE do rozpoznania choroby potrzebne jest potwierdzenie obecności przeciwciał w surowicy, a ono występuje jedynie u 0,1% chorych z podejrzeniem różyczki. A ponieważ wiele chorób wirusowych ma przebieg podobny lub nieswoisty, mamy do czynienia z nadrozpoznawalnością choroby i zafałszowaniem sytuacji epidemiologicznej.
W opinii innego eksperta alertu CDC nie należy jednak bagatelizować, ponieważ zwiększona liczba zachorowań jest rzeczywistością. Wynika z niegdysiejszego ograniczenia szczepień wyłącznie do nastoletnich dziewczynek. Niegdysiejsi nieszczepieni chłopcy – którzy w tzw. międzyczasie stali się mężczyznami – nie nabywszy odporności dzisiaj chorują w nadmiarze. Prawdopodobnie gdyby byli wcześniej zaszczepieni problem by nie istniał. I chociaż w raportach można znaleźć informację dotyczącą odsetka rozpoznań potwierdzonych badaniami serologicznymi, to Amerykanie – jak to Amerykanie – wolą dmuchać na zimne niż później zmagać się z roszczeniami nieostrzeżonych w porę obywateli, którzy jaimś trafem tę różyczkę „złapią”.
Można oczywiście założyć, że cała sprawa jest spiskiem producentów szczepionek. Kto w niego uwierzy, wszystkie fakty przypasuje do siebie jak ulał. Tymczasem problem różyczki–nie–różyczki trafnie ilustruje ‘efekt motyla’. Dzisiaj nie zaszczepię dziecka, jutro nie do końca starannie rozpoznam u niego chorobę, pojutrze dowiem się z NYT, że w Polsce panuje epidemia. Potem zdziwię się, że ktoś z tego powodu odłożył podróż do Polski, ktoś inny wykupił z aptek wszystkie szczepionki, zaś setki czy tysiące przerażonych ciężarnych domaga się z zapewnienia, że ich dziecku nic nie dolega. Tysiące porad, setki USG, dziesiątki badań prenatalnych. Kolejki, emocje, wydatki...
Zastanawia mnie wszelako, że – zgodnie z opinią fachowca – 99% wszystkich zgłoszeń różyczki w Europie pochodzi z Polski i z Rumunii. Rumuńskiego systemu nie znam. Za to o naszym wiem wystarczająco dużo. Dlatego łatwiej mi uwierzyć w niedoskonałość nadzoru i oszczędności na badaniach niż w prawdziwą epidemię. Zwłaszcza, że gdyby nie wcześniejsze oszczędności na szczepieniach, problem nie trafiłby na pierwsze strony poczytnych dzienników...