Dla 65% Polaków zdrowie jest wartością nadrzędną. Cenniejszą niż małżeństwo, rodzina, dzieci i pieniądze. Być może dlatego państwo wymusza na obywatelach, by słono za nie płacili?

REKLAMA
Badania społeczne mają to do siebie, że kwantyfikują pospolite opinie i przypuszczenia. Słabość ich zwyczajowego subiektywizmu zastępują mocą wielkich liczb. Płynność jednostkowych domniemań statystyczna obrabiarka zamienia w twarde fakty. Z faktami zaś dyskutować ciężko...
Nie odkrywają Ameryki autorzy badania „Diagnoza społeczna 2013”, potwierdzając po raz kolejny, że zdrowie jest najważniejsze. Ponad 65% naszego społeczeństwa (o ponad 1 punkt procentowy więcej niż przed dwoma laty) uznaje zdrowie za wartość nadrzędną. Sporo za nim są małżeństwo, dzieci, praca i pieniądze. Nic dziwnego. Powtarzamy to sobie w nieskończoność przy okazji świąt, urodzin czy imienin. Zresztą bez okazji także. O ile jednak treść sztampowych życzeń można bezkarnie przemilczeć, o tyle wynik poważnego badania powinien zmusić do refleksji. Tylko kogo?
Wydaje się, że wyniki badania społecznego powinny interesować przede wszystkim tych, którzy sprawują w tym społeczeństwie rządy. Jakkolwiek naiwnie by to nie zabrzmiało. Wiedza na temat ludzkich potrzeb to – jak ufam – możliwie najsolidniejszy fundament polityki społecznej. Wiem, że to fantasmagoria. Ale przyjmując, że jest inaczej musiałbym przyznać, że domeną władzy jest działanie wbrew społeczeństwu. A przed tym wciąż się bronię...
Przechodząc do konkretów – poza hierarchią społecznych wartości w badaniu oceniono także poziom nakładów na zdrowie. Mimo panującego kryzysu w ciągu ostatnich 2 lat wzrosły one znacząco. Wydatki publiczne zwiększyły się o około 10% (z 58 do 64,2 mld PLN). Gorzej, że wydatki prywatne rosły dwukrotnie szybciej – ich wartość, która w roku 2011 wynosiła około 30 mld, w roku bieżącym przekroczyła 35 mld (wzrost o około 20%). Wśród nich dominują wydatki na leki (wzrost z 17,6 do 22,6 mld tj. ponad 28%). Oznacza to, że przeciętne gospodarstwo domowe, które przed 2 laty dopłacało rocznie do leków 375 PLN, obecnie dopłaca 471 PLN. Z własnej kieszeni, bo alternatywnych źródeł wciąż brak. To niestety najbardziej rzucający się w oczy efekt polityki zdrowotnej ostatnich 2 lat. I choćby przyszło tysiąc atletów PR-u i nie wiem jak się natężali - nie da się go zamaskować.
Przy okazji warto odnotować, że poza lekami wzrosły także o blisko 8% prywatne wydatki na usługi ambulatoryjne. Wszakże nie z powodu lepszej dostępności i jakości opieki... Przeciwnie, zniechęceni i wkurzeni przedłużającym się w nieskończoność oczekiwaniem na wizytę u specjalisty sięgamy do portfeli. Ciekawe, że – dla odmiany – istotnie zmalały wydatki na opłaty „dodatkowe” w szpitalu publicznym (o 21%) oraz na łapówki (24%). Zatem coś drgnęło. Choć mam wrażenie, że głównie z obawy przed konsekwencjami, a nie w następstwie podniesienia standardów...
I to by było na tyle. Społeczeństwo, dla którego „zdrowie jest najważniejsze”, w następstwie wczorajszych nieprzemyślanych decyzji, dzisiaj płaci za nie o 5 miliardów (20%) więcej. W dotkliwych realiach recesji, zadłużenia i bezrobocia. Czy naprawdę opłaca się uparcie powtarzać, że to sukces?