Szkołami w starostwie zajmuje się mrowie urzędników skoszarowanych w szeregu gabinetów. Umiem czytać tabliczki, więc uderzyłem od razu do dyrektor wydziału. Za biurkiem i na biurku, i za drugim biurkiem siedziały cztery panie, każda z kubkiem w dłoni.

REKLAMA
- Proszę iść obok albo do trzydzieści dwa - zastopowała mnie dyrektorka, zanim powiedziałem cokolwiek.
Chyba mnie wyczuła, bo na drzwiach pod liczbą „32” widniała tabliczka z moim ulubionym w każdym urzędzie wyrażeniem: ds. KULTURY.
W gabinecie panie były dwie. Jedna z nich rozmawiała przez telefon, czyli będę konwersował z tą drugą. Siadłem, złożyłem dłonie i myśli - najważniejsze jest pierwsze wrażenie.
- Proszę pani, przygotowaliśmy projekt promocji czytelnictwa w szkołach. W Warszawie przeprowadziliśmy pilotaż i mamy bardzo dobre wyniki, to znaczy w sumie kilkanaścioro uczniów poprosiło nas o bibliografię z prelekcji, bo postanowili zmienić temat prezentacji maturalnej…
- Ale teraz już nie ma prezentacji - przerwała mi po raz pierwszy.
- Wiem, ale to tylko wskaźnik do ewaluacji skuteczności projektu - wytłumaczyłem. - Dzieciakom się podobało i chcą przeczytać książki, o których mówiliśmy. Mamy udany pilotaż, mamy sprawdzonych prelegentów, doświadczonych, z głowami jak supermarkety, których osobiście słuchałem, czytałem, tutaj ich portfolio. - Podałem kobiecie kilka stron zadrukowanych arialem 9. Zestawienie było syntetyczne, ale i tak powinno zrobić wrażenie. Zrobiło.
- Fantastyka? - spytała kobieta z mieszaniną kpiny i obrzydzenia.
- Tak - odpowiedziałem z zapałem, ale w myślach policzyłem do dziesięciu. Mam w domu taki gadżet z długimi sztyletami, a ostrymi jak diabli. - Młodzież lubi fantastykę, dlatego wybieramy tematy popkulturowe, które znają z gier, filmów; dosypujemy trochę pikantnych przypraw, bo nic tak nie „robi” słuchaczy, jak odrobina skandalu. Wszyscy prelegenci przygotowują materiał z takim założeniem, że uczestnicy spotkań nie czytają i nie czytali. To bardzo skuteczny projekt.
- No nie wiem. A co potrzeba?
No! Przechodzimy do sedna.
- Pieniędzy. W Warszawie takie projekty możemy robić bezkosztowo, ale tutaj trzeba dojechać, pewnie przenocować, zjeść coś i, co też istotne, wziąć urlop w pracy. Trzy tysiące za projekt do końca roku szkolnego: jedna sesja miesięcznie od marca przez dwa dni po kolei we wszystkich szkołach podlegających starostwu. I jeszcze jedno - kontynuowałem, korzystając z tego, że urzędniczkę zatkało - spotkania mają być obowiązkowe przynajmniej dla klas z rozszerzonym programem języka polskiego. Nas interesują uczniowie, którzy nie czytają i z własnej woli nie przyjdą.
- Ale jest podstawa programowa - kobieta zripostowała. Ha! Wydawało jej się, że mnie zagnie.
- Prelekcje są dostosowane do podstawy programowej, a tematy wybieramy w porozumieniu z nauczycielami. Przecież nawet Reymont pisał horrory…
- Horrory? Fuj! - fuknęła. Teraz już nawet nie ukrywała obrzydzenia.
- A jak pani chce zainteresować młodzież? Czym?
Chyba porno, dodałem w myślach.
- Ja nie czytam takich rzeczy.
Znów uspokajam się i po chwili pauzy uruchamiam inną taktykę. Doświadczenie!
- Proszę pani. Promujemy czytelnictwo w bibliotekach i szkołach od dwieście dwunastego… - przejęzyczyłem się.
Urzędniczka wybuchła śmiechem.
- W tym roku to pan chyba nie żył.
- Ale jak zebrać cyfry, to będzie dwadzieścia tysięcy dwunasty. To chyba gdzieś w okolicach akcji Diuny Herberta - odciąłem się.
- Nie czytam fantastyki - powtórzyła bez zażenowania.
- To, proszę pani, traktat filozoficzno-religijny z silnym wątkiem mesjanistycznym - wyjaśniłem, choć pewnie słowa z tego nie zrozumiała. Zgasiłem ją, ale wiem, że przegrałem.
- A nie możecie sobie znaleźć jakiegoś sponsora, jakieś wydawnictwo?
Z trzewiów, lędźwi i pięt wyciągnąłem ostatnie rezerwy cierpliwości.
- Wydawnictw? Przecież wydawnictwa stoją przed perspektywą przemodelowania całego rynku dystrybucji, tną plany wydawnicze. Pewnie kminią, co zrobić w przypadku bankructwa EMPiK-u. Kto mi da cokolwiek na prelekcje w szkołach (idiotko!)?
- Ale u nas nie ma EMPiK-u - odpowiedziała spokojnie. - Nie wiem. Proszę to wszystko napisać, ale nie sądzę… - skończyła. No to wyszedłem.
***
Dyrektora liceum nie było w gabinecie. Lekcja skończy się za trzy minuty, więc poszedłem do tablicy z planem lekcji. Po dzwonku ustawiłem się kawałek za drzwiami, żeby nie oberwać w palnik, gdy uczniowie wyskoczą zażyć dziesięć minut wolności i odrobinę nikotyny w pobliskim parku. Dyrektor nie wyszedł.
Zajrzałem do klasy. Siedział za biurkiem i coś tam wpisywał jeszcze do dziennika.
Usiadłem w pierwszej ławce, jak wtedy, gdy pisałem klasówkę z procesów glacjalnych.
- Panie dyrektorze, potrzebuję pleców.

Tak się robi kulturę na prowincji.