
Euro. Mijam ten temat każdego dnia. Mieszkam na Saskiej Kępie. Widziałem jak budował się Narodowy. Widziałem jak testowano go na otwarciu. Pseudootwarciu. Pseudo, bo pamiętam jak fetowano wybór podmiotu, który za 10 milionów miał dać światu warszawsko-narodowe widowisko. We wrześniu 2011. Pół roku poźniej – w środku mroźnej zimy - ogniami sztucznymi próbowano podnieść styczniową temperaturę po mizernym evencie.
REKLAMA
Później był jakiś mecz. Piszę jakiś, bo piłka średnio dotyka mej emocjonalności. Polska piłka, by być precyzyjnym. W tv i na żywo oglądam tylko zagraniczne wydarzenia. Nie patriota? Raczej nie lubiący się denerwować bez potrzeby.
Później, więc był jakiś mecz. Zamknięto z tej okazji Most Poniatowskiego i okoliczne ulice. Policjant nie chciał mnie puścić do domu, bo półtora kilometra dalej "grają". Bardzo starał się nie zrozumieć, że niekoniecznie muszę być zameldowany przy tej ulicy, że jak jedna czwarta statystycznych Warszawiaków mogę mieć meldunek w innym mieście lub mogę mieć kilka mieszkań – nawet przy tej ulicy, a być zameldowanym gdziekolwiek indziej. W końcu dojechałem. Poirytowanie zamieniając w hali garażowej na pokorę wobec władzy na środku ulicy.
Nauka nie poszła w las. Usłyszawszy w radiu o „eurozonach“ postanowiłem zapobiegawczo uzyskać oficjalną europrzepustkę do mojego mieszkania w eurodzielnicy. Moja Pani pojechała do stosownego urzędu z aktem notarialnym euromieszkania (jest zameldowana w miejscu, gdzie ma dom) i uzyskała stosowną euronaklejkę na przednią szybę pierwszego samochodu, który tym samym nabył status euroauta. Nabywanie statusu odbyło się raczej sprawnie. Spółka i mieszkanie figurują na to samo nazwisko. Samochód też. Drugi też jest na spółkę. Inną. I tu się zaczął problem. Moja Pani z uśmiechem okazała upoważnienie. Dla każdego podmiotu w takim wypadku to wystarczy. Tym bardziej, że moja Pani – z racji tego, że ten podmiot reprezentuje w Polsce w sprawach różnych – okazała notarialne pełnomocnictwo. Okazało się ono ... niewystarczającym. Panowie urzędnicy – skądinąd mili, choć starajacy się przybrać srogie miny – zażądali obecności pana z dowodu rejestracyjnego lub, choćby jego dowodu. Czyli poprosili, by ktoś posłużył się dowodem osobistym lub paszportem kogoś innego. Tłumaczenie, że dokument potwierdzony notarialnie wystarcza wszędzie – nawet w banku - spotkało się z komentarzem, że „tutaj to nie wszędzie tylko urząd na Saskiej Kępie...“. Dla porządku: ów urząd to sala wyznaczona w Domu Kultury przy ulicy Brukselskiej. Po godzinie „pan z dowodu“ przesłał nam z dalekiej wyspy skan oświadczenia, w którym jasno stoi prośba o wydanie stosownej europrzepustki wyżej wymienionej osobie, ponieważ posiada ona wszelkie pełnomocnictwa, w tym do poruszania się takim, a takim samochodem, który chciałby być euroautem. Plus skan dokumentu tożsamości etc. Moja Pani zawiozła owe dokumenty do urzędu. Skserowano je. Dołączono do akt sprawy i ... nie wydano naklejki, bo bez właściciela samochodu to sprawa indywidualna i szef musi podjąć decyzję „w innym trybie, bo taką mamy procedurę“... Tłumaczenie, że to nie właściciel, tylko prezes i, że właścicielkę panowie, zgodnie z posiadanymi udziałami mają przed sobą było tylko pro formą...
Lubię piłkę nożną. Pewno mógłbym też polubić Euro. Czy tak się stanie? Czas pokaże. Wiem, że nabieramy doświadczenia, że to pierwszy raz na taką skalę, że trudno się do czegoś odnieść. W takich przypadkach proponuję punkt odniesienia do zdrowego rozsądku. Nie jestem eurosceptykiem, nie proszę o lubienie kokohymnu, nie namawiam do tatuowania sobie listy Smudy na piersi. Jestem zdroworozsądkowym facetem, który nie lubi komplikowania życia tam, gdzie to nie konieczne. Czyli, choćby półtora kilometra od Stadionu Narodowego.
