
Co wywołuje nerwowe reakcje niektórych dziennikarzy? Dlaczego alergicznie reagują na słowa blogerów, którzy odnoszą się do tej samej tematyki co oni? Dlaczego często w ripoście przepada warstwa merytoryczna? Uwaga, materiał zawiera lokowanie produktu: emocjonalne strategie dziennikarskie są do bani.
REKLAMA
Jakub Śpiewak napisał coś na swoim blogu w NaTemat. Chwilę później publistysta dziennika "Rzeczpospolita" Robert Mazurek poświęcił mu swój felieton. Skrytykował. Dość mocno, w dodatku nie szczędząc osobistych wycieczek. Powątpiewał w społeczne i artystyczne powołania blogera. Kilka tygodni temu w tym samym miejscu odniosłem się o metodologii i kryteriów, które rządzą polskimi rankingami prawniczymi. Pod materiałem pojawiło się kilkanaście wpisów prawników, którzy podzielili te refleksje oraz jeden wpis dziennikarza tego samego dziennika. Krytyczny. Miejscami również mało elegancki.
Prowadzę bloga. Kieruje mną jakaś potrzeba, kaprys, widzimisię lub cokolwiek innego. Dziennikarz nie musi tego rozumieć i podzielać. Ja też nie muszę jakoś szczególnie zgłębiać co stoi za jego zawodowym wyborem. Dla mnie to jego decyzja, którą jak wszystkie cudze - z założenia szanuję. Prowadząc bloga dzielę się własnymi spostrzeżeniami. Zawodowym i osobistym miksem. I, by było jasne: nie wyobrażam sobie świata bez dziennikarzy. Tak jak nie wierzę w świat bez wody, tlenu i klimatyzacji. Koniec. Kropka.
Fragment definicji bloga (źródło Wikipedia): “…rodzaj strony internetowej zawierającej odrębne, uporządkowane chronologicznie wpisy. (…) Od innych stron internetowych blogi odróżnia bardziej personalny charakter treści: częściej stosowana jest narracja pierwszoosobowa, a fakty nierzadko przeplatają się z opiniami autora”.
Prowadzenie bloga rozumiem tak: tworzę treść. Swoją. Subiektywną. Będącą refleksją mającą zwiazek z czasem, miejscem, odczuciami, własną perspektywą. Mój Czytelnik - o ile się taki znajdzie - podzieli to lub nie. Skomentuje lub nie. Zapomni lub nie.
Pracę dziennikarzy rozumiem tak: tworzą treść. Maksymalnie obiektywną. Będącą refleksją, która ma zwiazek z czasem, miejscem, odczuciami, własną perspektywą, linią programową swojego medium, czasami zamówioną tematyką. Rzetelną pracą. Czytelnik podzieli to lub nie. Skomentuje lub nie. Zapomni lub nie.
Moje wpisy przeczytają Ci, którzy zechcą. Pewno nieliczni. Artykuły dziennikarskie powstają z założenia dla tysięcy osób. Nasza odpowiedzialność informacyjna i społeczena zatem jest/bywa różna.
Czytając takie osobiste złośliwości, mam wrażenie, że rodzą się w redakcjach za czytelnicze pieniądze bez pytania czytelników czy tego oczekują. Czy ktoś nas pyta czy sobie tego życzymy? Dziennikarskich prywatnych wojen? Wojenek? W imię czego? Bo ktoś nie przyjął jedynej i objawionej prawdy? Bo ma inne zdanie? Bo nie hołduje monopolowi na redakcyjne treści? Bo cokolwiek..?
Nie bronię Pana Śpiewaka. Nie atakuję Pana Mazurka. Nie bronię swoich tez. Nie atakuję Pana, który od lat zajmuje sie rankingami prawniczymi. Proszę jedynie o blogoautonomię. Wiecej dystansu. Do siebie i innych. A nade wszystko kulturę osobistą. Wszak tylko ona pozostanie, gdy zapomnimy wszystkiego czego się nauczyliśmy wcześniej. Lub, gdy z głoszonej treści nie zostanie nawet tytuł.
W każdym z nas jest coś, co stanowi o różnej optyce w tym samym temacie. Jeżeli “Pan od rankingów” przyjmie moje zaproszenie na kawę, chętnie podzielę się swoją wiedzą NaTemat dlaczego nie każdy przedsiębiorca czy prawnik oprawia w ramkę wytworzone przez Niego treści i codziennie rano nie gładzi ich czule. To moja wiedza. Uzyskana od samych zainteresowanych. Nie mam na nią monopolu. Mam tylko do niej dostęp. Jeżeli nie będzie nam dane wypić tej kawy, może choć przeczyta, że życie gospodarcze nie jest dwuwymiarowe jak szpalta gazety. Każda tematyka jest w 3D - trzecim wymiarem jest głębia refleksji. Ta powstaje, gdy chce się słuchać. Nie siebie. Innych. I z nimi dyskutować.
To nie wina blogerów, że zaangażowane czytelnictwo przenosi się na blogowiska. To znak czasów. Odpowiedź na potrzebę. Poniekąd ocena obecnego stanu dziennikarstwa. To nieodwołalny już proces. Czy dziennikarze znikną z naszej planety? Mam głęboką nadzieje, że nie. Wierzę w ich ewolucję. Przeżyją najsilniejsi? Nie. Przeżyją najlepiej dostosowani. Czujni na zmiany. Interaktywni. Wielowymiarowi. W pierwszej kolejności zaś znikną, ci, którzy zgadzają się tylko ze sobą. Samouwielbienie prowadzi do emocjonalnych polucji. Jak się przed nimi ustrzec? To proste: trzeba też dotykać się refleksjami innych.
