Skrywamy dopadający nas sentyment. Często. Najczęściej, gdy jedziemy w swoje strony. Mamy po trzydzieści, czterdzieści kilka lat. Czasami więcej. Gdzieś w drodze zwalniamy. W miejscach znanych z dzieciństwa. Dawnego. Tutaj nie ma Warszawy. Tutaj są One.

REKLAMA
Jesteśmy z Warszawy. Część od zawsze. Część od lat. Wrośliśmy w to miasto. Czujemy się w nim dobrze. Czasami jest stres. Czasami jest normalnie. Jesteśmy różni. Jesteśmy tacy sami. Pędzimy przez ulice. Na kolejne spotkania. Z teczkami pełnymi biznesu. Musimy być zawodowi. Nie mamy czasu na ekscytacje. Opatrzył nam się Plac Trzech Krzyży. Śniadanie w Szpilce znormalniało. Ferrari na ulicy zabiera tylko jedno spojrzenie. Zarządzamy tu firmami. Jesteśmy pracownikami. Mamy szefów. Mamy swoje kancelarie. Pracują pod nami ludzie. Czasami setki.
Zawsze na nas czekają. Nigdy Im nas dość. Jedziemy do Nich. Chcemy tu po prostu pobyć. Odpocząć. Cieszyć się Nimi. Dać cieszyć się nami.
Nie potrafimy tu być dłużej. Nie potrafimy zostawić Warszawy. Naszych firm. Kancelarii. Banków. Szefów. Siedzimy, więc z nimi przy stole. Mamy je za plecami. Z ich problemami. Problemami Warszawy.
Mamy mają za plecami kuchnie. Pachnie w niej ciastem. W kącie wiruje dzieciństwo. Chcemy tu pobyć. Choć często już nie umiemy. Jesteśmy tu dla Nich. Choć jakaś część nas została w Warszawie.
Pierwsze godziny są relaksem. Poźniej włącza się tryb „powrót“. Mimo, że One chciałyby byśmy tu zostali na dłużej. Wyjechali po obiedzie. Może jutro po śniadaniu.
Warszawę mamy we krwi. Szklane biura. Wentylowane fotele. Pokazy. Zdalne zakupy. Szybkie windy. Tutaj tego nie ma. Tutaj jest ciasto. Fartuch. Kwiatki na parapecie. Miłość. Ich do nas. I nasza do Nich. Często trudna do pokazania. Jesteśmy przecież szefami. Zarządzamy firmami. Mamy swoje kancelarie. Pracują pod nami setki ludzi. Mamy problemy ze swoimi szefami. Mamy zdobyć niezdobyte. Czasami trudno być najpierw synami. Mamy tego nie mają. One zawsze są Mamami.
Mamy inne światy. Choć zawsze obiad tu smakuje lepiej. Lepiej niż ulubione sushi pod biurem. Tam umieramy bez klimatyzacji. Tutaj chcemy pochodzić boso. Tutaj nabieramy ochoty na umycie swojego samochodu. Gąbką, która pamięta nasz pierwszy.
Jesteśmy stąd. Od zawsze. Mimo, że wyrośliśmy już ze swoich pokojów. Czujemy się tutaj dobrze. Zawsze. Tutaj jest normalnie. Tutaj nie pędzimy przez ulice. Tutaj nie ma kolejnych spotkań. Tutaj nie potrzebujemy teczek pełnych biznesu. Często tylko tutaj się naprawdę ekscytujemy. Starym rowerem. Ławką sprzed lat. Śniadanie tutaj to normalność. Najlepsze naleśniki.
Tutaj są One. Jedyne. Ważniejsze od firm. Kancelarii. Banków. Tamtych setek ludzi. Pracowników. Szefów. Czasami nie potrafimy tego pokazać. Mimo, że chcemy być najpierw synami. Jeżeli nie mówimy tego, na co dzień, mówimy to dzisiaj: kochamy Was. Mamy zawsze Was.