Zasoby własne

Początek jest optymistyczny: Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie uznał, że w pewnych wypadkach jest możliwe zaliczenie lunchu w restauracji do kosztów uzyskania przychodu. To pierwszy korzystny wyrok NSA dla podatników w tym roku. Zmora księgowych umarła: przedsiębiorca ponoszący wydatki na spotkania z kontrahentami w formie lunchu może je zaliczyć do kosztów podatkowych! Tydzień później na wokandzie znalazła się identyczna sprawa. Drugiego wspólnika tej samej spółki, której rację musiało uznać wcześniej Ministerstwo Finansów. Tym razem inny skład orzekający odmówił racji przedsiębiorcy. Argumentował, że posiłki w restauracjach mają charakter wystawny i nie są standardowym poczęstunkiem.

REKLAMA
25 maja Sąd podtrzymując wyrok NSA oddalił skargę kasacyjną Dyrektora Izby Skarbowej w Krakowie. Oznaczało to, że fiskus musiał zmienić podejście do firmowych wydatków mających związek z poczęstunkami dla partnerów biznesowych. Przedsiębiorcy mogli je uznać za koszt podatkowy, pod warunkiem, że całość nie będzie wystawna. Co było w uzasadnieniu wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego? Normalność. Zaproszenia na obiad w restauracji potraktowano jako działania pozbawione charakteru wystawności i okazałości. Uznano - po prostu - że celem posiłku jest niekoniecznie chęć imponowania kontrahentowi i budowanie wizerunku zapraszającego podmiotu jako firmy szczególne zasobnej. Firmy dla której wizyty w restauracji nie są ekstrawagancją.
Co się wydarzyło tydzień później? Skąd różne orzecznictwo w tym samym temacie? Co zdecydowało o drugiej interpretacji?
Polskie przepisy niekiedy pozostawiają dużo do subiektywnej oceny. Nieudolnie opisują spotkania biznesowe, w tym moment w którym zaczynamy zachęcać kontrahentów do nawiązania, podtrzymania lub rozszerzenia kontaktów handlowych. Jedne z tych okoliczności pozwalają według Ministerstwa Finansów oraz NSA brać, inne nie - fakturę za firmowy lunch. Które? Jak pokazują dwa różne wyroki w tej samej sprawie - nieistotne. Ważniejsze jest co się myśli przy stoliku: "lunch w przydrożnym barze to święto; kawa w restauracji pięciogwiazdkowego hotelu za kilkadziesiąt złotych to normalność". Co jest wyznacznikiem? Widzimisię? Kiepsko opisana przepisem okoliczność? Co i kto decyduje o tym co jest normą i dla kogo? Gdzie znaleźć wspólny mianownik?
Niemal każdego dnia miewam w swoim biurze gości. Często przyjeżdżają do mnie przedsiębiorcy i prawnicy z różnych stron Polski. Mam biuro w budynku w którym są trzy restauracje. Często schodzimy do nich omówić biznesowe szczegóły. Po prostu. Czasami płacę ja, czasami moi goście. Dla części z nich - mówią o tym wprost - atrakcją samą w sobie jest możliwość spróbowania przy okazji kuchni "pani z telewizji". Zamawiają więc różne dania i kosztują. Niektóre po raz pierwszy w życiu. W międzyczasie rozmawiamy o biznesie. Jak zafakturować taki posiłek? Zgodnie z orzecznictwem i definicjami, jedna ze stron traktuje to coś co je normalnie i nie widzi w tym nic szczególnie uroczystego, wytwornego czy okazałego. Tak jak wczoraj, przedwczoraj i miesiące temu. Druga natomiast - o spożywanym w tym samym czasie żurku myśli wszystko tylko nie "standardowa zupa".
Początek był optymistyczny. Później zapomniano, że jedynym miejscem w którym trawimy mieszanie jest kuchnia.