Zasoby własne

Mam biuro przy Placu Trzech Krzyży. Co kilka dni pod moimi oknami przechodzą setki protestujących. Jedni są za, drudzy przeciw, trzeci kontra. Jedni milczący, drudzy z wuwuzelami, trzeci patriotycznie wzniośli. Są też pijani. Jak dzisiaj. Niezależnie od celu i motywacji łączy ich jedno: umiłowanie Placu Trzech Krzyży.

REKLAMA
Tutaj się zbierają, tutaj formują bądź - w najlepszym wypadku - tutaj jedynie przechodzą robiąc zamieszanie. Nie przeszkadza mi śpiewanie roty. Nie przeszkadza mi głośne modlenie. Przeszkadza mi banda pijanych, ogorzałych facetów, którzy dla kolejnego dnia wolnego w pracy pod pretekstem walki o lepsze jutro ogółu, robią z Centrum Warszawy ruchomą pijalnię. Rio de Janeiro zarabia na Sambodromie. Proponuję wytyczenie na odcinku Plac Trzech Krzyży - Pałac Prezydenta warszawskiego Protestdromu. Ustawmy wzdłuż trybuny i oglądajmy takich jak dzisiaj rano proletariuszy. Karmią się uwagą innych i leczą swoje kompleksy w blasku telewizyjnych kamer. Niech chodzą dalej, skoro dialog z nimi nie wchodzi w rachubę. W takiej wersji przynajmniej miasto na nich zarobi sprzedając wejściówki na "protest dnia".
Szkoda mi Magdy Gessler. Rozsiedli się dzisiaj u niej w restauracji związkowcy z kanapkami i wódą w butelkach. Popijaną z gwinta. Nie robiłem zdjęć, bo byli agresywni. Nie skończyłem śniadania, bo śmierdziało oparami alkoholu w cenie light i chamstwem w wersji hard.
Plac Trzech Krzyży protestuje. W ciszy. Plac Trzech Krzyży nie pojedzie do Gdańska z trzonkami od szpadli, by walczyć o swoje. Plac Trzech Krzyży prosi o normalność. W imię połowy notorycznie blokowanej Warszawy. Ludzie mają tu pracę, domy, dzieci, swoje zajęcia. Akcje przynoszą odwrotny skutek. Ludzie się odwracają od protestujacych. Ludziom tutaj się spieszy i tutaj zależy. Tędy przejeżdżają w ważnych sprawach i tutaj chcą spokoju. Ludzie nie poprą protestujących. Chyba, że ci staną się też ludźmi.