Tak w skrócie można określić autora twórczości ludowej, która powstała na obrzeżu zglobalizowanego świata - poza spektrum wzroku świata sztuki. Można jeszcze dodać marzyciel i idealista, który podążając za swoją potrzebą piękna zajął się dekorowaniem wnętrz domów.

REKLAMA
Dar boski jakim jest szczególny talent twórczy nie trafia wyłącznie do osób w 100% sprawnych, nie wybiera też tylko spośród tych, żyjących w głównych miastach. Czasem ląduje w rękach człowieka prostego, którego kroki nie zaprowadzą dalej niż tzw. „rubieże” kraju…
Tak było w przypadku Iłariona Daniluka, dziwak który sam kazał nazywać się „Zenkiem”. Jest to postać tajemnicza - rzemieślnik? Artysta? - człowiek o wyglądzie rzezimieszka z nosem boksera i skłonnością do butelki, w którym odnalazł się zmysł estetyczny i potrzeba urzeczywistnienia swoich wizji. Gdy tworzył poświęcał się temu całkowicie, dlatego przez większość życia pozostawał bez domu i adresu, mieszkając w miejscu, nad którym w danym momencie pracował.
Niejeden łowca designu oddałby wiele za malowidło naścienne autorstwa Zenka, lub choćby jeden mały kaloryfer. Na jego atrakcyjność składa się nie tylko folklorystyczny sznyt połączony z baśniowością rodem z obrazów realizmu magicznego (vide Jacek Yerka), ale jego twórczość nosi również znamiona rzeczywistości PRLu, za której ikonografią odzywają się już głosy nostalgiczne we współczesnych trendach.
Aktywność artystyczna Zenka skupiła się wokół Hajnówki, małej miejscowości blisko granicy polsko-białoruskiej. W tej odległej, prowincjonalnej okolicy dokonywał cudów w ozdabianiu ścian, sufitów i podłóg w domach prywatnych. Dla miejscowych ludzi był zbawieniem od, powszechnego w socrealistycznych realiach, koloru „błota”. Ustawiali się w kolejce po Jego rajskie kompozycje z kwiatami, łabędziami i wodospadami, które powoływał do życia.
Fachowo wykonywał roboty. Stworzone wnętrza przez Zenka potrafiły roztaczać aurę lepszego życia, wizje bogactwa (malowane imitacje boazerii, marmurów, dywanów), ale też wprowadzać magię natury w niesamowitych pejzażach i roślinnych ornamentach. Będąc samoukiem tworzył wbrew jakiemukolwiek akademizmowi czy regulacjom z zewnątrz.
Mimo, że to dzięki „zewnętrzności” mógł stać się kreatorem przestrzeni wyjątkowych i estetycznie niełatwych do zaszufladkowania, owa „zewnętrzność” i brak zainteresowania z „centrum” doprowadziła jego dzieła do statusu wymarcia. Większość jego malowideł ma dzisiaj około 30 lat. Lata mijały, a wraz z nimi nastąpiły w Polsce przemiany polityczne, a co za tym idzie również społeczne i estetyczne. Do domów Zenka wprowadzali się nowi właściciele, starzy robili remonty, zamalowując, przerabiając, po cichu, bezpowrotnie niszcząc coś, co było jedyne w swoim rodzaju. Uznanie przyszło pośmiertnie (i dla Zenka i dla jego sztuki), w zorganizowanej w 2008 roku w Galerii Białej w Lublinie wystawie pt: „Zenek – hajnowski Nikifor”. Uznanie to jednak nie jest w stanie cofnąć szkody, która już się dokonała.
O ile sztuka rodzi się nieraz poza tzw. „centrum”, poza obiegiem, nie ma tam możliwości przetrwania, jeśli nie zostanie stworzone lepsze podłoże, w postaci wykształconych i świadomych jej wartości odbiorców, nawet jeśli dotyczy to sztuki użytkowej, jakiej wirtuozem był bohater tego tekstu. Powstaje dziś pytania jak wcielić w życie ideał zrównoważonego rozwoju, tak by prowincja nie zabijała własnej sztuki. Jaką rolę powinien pełnić świat sztuki wobec postaci takich jak Zenek. Jak stworzyć podwaliny społeczeństwa, które swą kulturę rozpoznaje i hołubi, a nie porzuca i niszczy w imię nowości. Bo nie ulega wątpliwości, że pozostają oni źródłem inspiracji.