Im więcej lat mija od upalnego lata 1944 roku, im więcej wiemy o kulisach podjęcia decyzji o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego, im więcej się czyta materiałów, świadectw, tym trudniej bronić jest decyzji o jego wybuchu. Tym, którzy to robią, pozostają już właściwie tylko argumenty o honorze Polaków i o tym, że Powstanie i tak by wybuchło, ponieważ ciśnienie społeczne, młodych AK-owców, było ogromne.

REKLAMA
PW'44 poznałem w latach młodości dzięki książce jego uczestnika i kronikarza. „Przemarsz przez piekło” Stanisława Podlewskiego, to dla mnie w dalszym ciągu książka najważniejsza. Choć wiedza, ale przede wszystkim dyskusje o powstaniu są dziś zupełnie inne. Książka Podlewskiego była zbiorem świadectw bezpośrednich uczestników, skrupulatnie zbieranych przez autora, jeszcze kiedy był w niewoli niemieckiej, po upadku Powstania. Jest to książka wolna od politycznych dywagacji, pełna prostych prawd – i dlatego brutalna i prawdziwa.
Powstanie jest dla mnie największą tragedią polskich losów, jest zawinione głównie przez Polaków – przede wszystkim przywódców politycznych, choć w większości w mundurach. Już wtedy czytając książkę, czułem podświadomie, że PW'44 w takim wymiarze było zbrodnią na Warszawie i jej mieszkańcach. Nieprzygotowane, rozpętane bez porozumienia z polskim rządem emigracyjnym i aliantami, bez przygotowania wojskowego, gdzie „broń miano zdobywać na wrogu”, skierowane nie na autentyczne zdobycie wolności miasta, lecz przeciwko wojskom Armii Czerwonej, z czystych przesłanek politycznych – skończyło się hekatombą ludności i zniszczeniem miasta. Rachuby polityczne dowódców skończyły się śmiercią ponad 18.000 powstańców, kwiatu inteligencji polskiej, ponad 150.000, mieszkańców Warszawy, zamordowanych przez Niemców, co stanowiło prawie 1/3 wszystkich zabitych mieszkańców Warszawy w trakcie II wojny i zniszczeniem ponad 85% powierzchni miasta, w tym całej lewej jego strony. Nawet Wrocław, który był w czasie II WŚ niemiecką twierdzą, nie został zniszczony w takim stopniu.
Za klęskę powstania i śmierć warszawiaków odpowiedzialność spoczywa głównie na jego dowódcach – oczywiście politycznie. Wiadomo było po tygodniu walk powstańczych, że zarówno cele wojskowe, jak i polityczne, nie zostaną spełnione. Powstanie powinno się zakończyć w połowie sierpnia. Walki 63-dniowe, do początku października obciążają pamięć o takich ludzi, jak gen. Tadeusz Bór – Komorowski, czy Antoni Chruściel, „Monter”. Bohaterami PW'44 byli ci, co polegli, i ci, którzy walczyli w szeregu, a nie ich dowódcy. To dowódcy są odpowiedzialni za śmierć tysięcy dzieci, za śmierć takich ludzi, jak Baczyński, Gajcy, za przetrącenie kręgosłupa miasta i polskiej inteligencji.
W dyskusjach bardzo często wysuwa się argumenty za tym, że gdyby nie PW'44, to Rosjanie jeszcze bardziej zdominowaliby powojenną Polskę. Gdyby przeżyło te 20 tys. polskich młodych inteligentów, Polska może stałaby się wcześniej demokracją. Winę usiłuje się też zrzucić na aliantów, którzy nie pomogli, choć polskie dowództwo na Zachodzie przestrzegało, że działania wojsk koalicji są już rozpisane do końca wojny i nie ma w nich miejsca na nieuzgodnione inicjatywy. Rosjan winiono za to, że nie przekroczyli linii Wisły i nie pomogli Polakom, ale Józef Stalin doskonale zdawał sobie sprawę, że Powstanie Warszawskie jest politycznie skierowane przeciwko niemu.
Żadne rachuby dowództwa Powstania, militarne, społeczne i polityczne, nie bronią się. Nie broniły się również w roku 1944. Generał Władysław Anders stwierdził:
„Stolica pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa z góry skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność”.
Warszawiacy, także teraz politycy i media, obchodzą w tym roku 70. rocznicę Powstania. Kilka lat temu, kiedy moja mocno wiekowa sąsiadka z dołu pod koniec lipca rozpoczynała całodzienne i nocne koncerty muzyki powstańczej, denerwowało mnie to. Po co ona rokrocznie to tak wspomina? Czy obraz śmierci i klęski Powstania jest w niej tak dojmujący, że musi się leczyć muzyką? A może wspomina najważniejsze i najpiękniejsze sceny z życia? Może wspomina tych którzy polegli? Pewnie wszystko było po trochu.
Obok, w bloku sąsiednim mieszka słabo widzący już mężczyzna, znam go od wielu lat, ale dopiero kilka lat temu zauważyłem, że 1 sierpnia o poranku wychodzi ubrany w beret z orłem i flagą w ręce. Muzyka mi już nie przeszkadza, czekam na nią i nie włączam swojego radia…
W Polsce XXI wieku usiłuje się na bazie PW'44 budować nową mitologię i tworzyć na jego podstawie nową tożsamość narodową. Jako przykład do naśladowania podaje Szoah, który stał się podstawą świadomości współczesnych Żydów. Nie bierze się jednak pod uwagę tego, że po Holokauście powstało państwo żydowskie, Izrael, natomiast po Powstaniu Warszawskim został tylko trupi odór zmarłego miasta.
Teraz, siedemdziesiąt lat po klęsce powstańczej, polscy politycy, jak zwykle, grają swoje. Pomysł o nowym święcie państwowym, przedstawiony przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego został tak odebrany, jako zagrywka polityczna. Choć, jak przyznam, chyba w tym wyjątkowym przypadku, niesłusznie. Polsce i Polakom należy się taki dzień, polski odpowiednik Memorial Day, gdzie ponad podziałami historycznymi idzie się razem wspólnie pod pomnik Powstania, Grób Nieznanego Żołnierza, pomnik Bohaterów Getta… i pod inne pomniki…
Muzeum Powstania Warszawskiego to pomysł cenny i znakomita realizacja. Nie jest jednak wolny od wad i to tych najpoważniejszych. Nowoczesna formuła, multimedialność, otwartość i nie zamykanie się w klasycznej formule muzealniczej, nie przesłaniają tego, że obraz z niego wyniesiony jest mocno zafałszowany. Powstanie w nim pokazano głównie przez pryzmat bohaterstwa powstańców. Im się to bezdyskusyjnie należy. Jednak próżno znaleźć w nim głębszą refleksję nad tragedią jego mieszkańców, samego miasta.
Rozliczmy się jednak znów z historią, oceną, pamięcią PW'44.
Powstanie to największa tragedia polskich losów w całej historii narodu. Jest ono zawinione głównie przez Polaków. Powstanie było nieprzygotowane, rozpętane bez porozumienia z polskim rządem emigracyjnym i aliantami, skierowane nie na zdobycie wolności miasta, lecz przeciwko wojskom Armii Czerwonej, z czystych przesłanek politycznych. W lipcu 1944 roku generał Leopold Okulicki na naradzie Komendy Głównej AK oświadczył:
„W Warszawie mury będą się walić i krew poleje się strumieniami, aż opinia światowa wymusi na rządach trzech mocarstw zmianę decyzji z Teheranu”.
Bezpośrednim inicjatorem Powstania Warszawskiego, pomimo tego, że wojska niemieckie, żandarmeria i SS powróciło do Warszawy w dniach 27 i 28 lipca, był Antoni Chruściel ps. „Monter”, który na własną rękę zarządził mobilizację sił AK, de facto wymuszając na Komendzie Głównej AK decyzję o wybuchu Powstania. Decyzja nie została podjęta na postawie realnych przesłanek, ale na podstawie kilku informacji o zwiadzie sowieckim na prawym brzegu Wisły.
„Monter” postawił KG AK przed faktem dokonanym – albo Powstanie wybuchnie w strukturach AK, albo poza nimi… Nie jest dla mnie zrozumiałe i nigdy nie będzie, w żadnych kategoriach, dlaczego jeżeli jeszcze w połowie lipca 1944 roku dowództwo Powstania kategorycznie stwierdzało, że walka w Warszawie jest niemożliwa, to już 21 lipca zapadła decyzja o jego wybuchu.
Za klęskę powstania i śmierć setek tysięcy ludzi odpowiedzialność spoczywa na jego dowódcach. Wiadomo było po tygodniu walk, że zarówno cele wojskowe, jak i polityczne nie zostały spełnione. Powstanie powinno się zakończyć już w połowie sierpnia. Jego kontynuacja do początku października obciąża sumienia takich ludzi, jak jego dowódcę, gen. Tadeusza „Bora” – Komorowskiego czy wspomnianego „Montera”.
Po roku 1989 próbuje się na siłę rozpatrywać Powstanie w kategoriach romantyzmu, patriotyzmu czy polskiej mitologii. Historia Powstania była zawsze manipulowana, zarówno za czasów PRL, jak obecnie. PW'444 zostało wprzęgnięte w tak zwaną „politykę historyczną”, doraźną walkę polityczną. Usiłuje się budować nową mitologię polską i tworzyć nową tożsamość narodową.
Patrząc na coroczne obchody rocznicy wybuchu Powstania, widzę, że przybierają one formę pop-Powstania. Szokująca była dla mnie wypowiedź dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego sprzed kilku lat, Jana Ołdakowskiego, że rocznica jest dobrą okazją do wspólnego, rodzinnego, uwaga! – radosnego, przeżywania rocznicy.
Samo muzeum jest hołdem dla powstańców, ale zapomina cywilach, którzy zginęli „mimo woli”. Przeżywanie rocznicy to wspominanie powstańców, ludność cywilna i jej ofiara są usuwane na bok. Same obchody powoli zaczynają przypominać piknik – na razie jeszcze bez grilla; inscenizacje, śpiewy, zabawy na barykadach.
Tak, trzeba uczyć, przypominać, ale pokazując pełny kontekst. Nowoczesny film cyfrowy, ukazujący zniszczenie Warszawy – widziane z perspektywy lecącego samolotu – sam w sobie pozostaje pusty, jeżeli nie zostanie uzupełniony kontekstem informacyjnym.
Nie rozliczyliśmy się jednak z Powstania Warszawskiego – i nie zrobimy tego. Może już nie trzeba tego robić. W Warszawie żyje jeszcze około dwóch tysięcy powstańców. Czasem w tragicznych warunkach, samotni, zapomniani. Może zamiast celebry, zajmijmy się właśnie nimi.
Azrael