Marsz zwolenników Telewizji Trwam stał się wydarzeniem politycznym i areną rozgrywki pomiędzy Jarosławem Kaczyńskim i Zbigniewem Ziobro.
REKLAMA
Głównym motywem warszawskiego sobotniego marszu zwolenników o. Tadeusza Rydzyka, rozgłośni Radia Maryja i Telewizji Trwam nie były wcale sprawy obrony wolności słowa, lecz czyste interesy. Interesy finansowe i polityczne Tadeusza Rydzyka, a także partii politycznych, klęczących u jego tronu – Prawa i Sprawiedliwości i Solidarnej Polski.
Dziesiątki tysięcy demonstrantów w Alejach Ujazdowskich broniło ciągłości zagrożonego interesu medialnego Tadeusza Rydzyka. Byłoby nadużyciem twierdzenie, że byt jego rozgłośni, telewizji, i wydawnictw jest zagrożony, ale wygląda na to, że operacje finansowe fundacji „Lux Veritatis” (pożyczka z Zakonu Redemptorystów, w wysokości 70 mln złotych), mające zwolnić go z płacenia części podatków, obróciły się przeciwko niemu. Telewizja koncesji na cyfrowy multipleks nie dostanie, ponieważ dokumenty finansowe fundacji są po prostu niewiarygodne. Dlatego potrzebna jest mu pomoc polityków i dlatego Tadeusz Rydzyk zabiegał, aby na warszawskim marszu byli obecni i politycy PiS i SP. Najlepiej razem. I byli – razem, ale osobno. A Ojciec Dyrektor był w tym czasie w Chicago – zapewne na kolejnych biletowanych imprezach.
Marsz był głównie wydarzeniem politycznym i stał się areną rozgrywki pomiędzy Jarosławem Kaczyńskim i Zbigniewem Ziobro – synem marnotrawnym. Tę rozgrywkę syn, zwany też nie onegdaj pieszczotliwie „delfinem”przegrał w sposób dramatyczny. Konstrukcja marszu, gdzie Ziobro przemawiał po Kaczyńskim i ten drugi mógł określić warunki, skazywała szefa Solidarnej Polski na porażkę. Nieprzychylny tłum (choć nie wrogi), niedyspozycja głosowa, brak planu przemówienia i ustawienie się pod potężną figurą Marszałka Józefa Piłsudskiego – wszystko to doprowadziło do tego, że wystąpienie Ziobry było karykaturalne. Kaczyński powiedział „Zwracam się do ciebie Zbyszku, zapomnijmy o tym, co było złe, o co mamy pretensje, idźmy razem; wracajcie, to jedyna droga do zwycięstwa (…) musimy być razem, musimy zwyciężyć. Wracajcie”. Ziobro na tle okrzyków „Jarosław! Jarosław!” „wracajcie do PiS”, „łączcie się”, „jedność, jedność” wypadł żałośnie. Tym bardziej, że Kaczyński nie pozostawił mu złudzeń, że traktuje go tylko jako nic nieznaczący element – po prostu odjechał z marszu. To jego przemówienie było ważniejsze, to on znów nadał ton, to on jest dalej na rachitycznej polskiej prawicy samcem alfa.
Tłem marszu nie była sprawa obrony wolności wypowiedzi i interesy Tadeusza Rydzyka. Nie były też sprawy relacji pomiędzy PiS i SP. Sprawa smoleńska to jest to, czym Jarosław Kaczyński i wspierające go siły medialne grają. Centralnym punktem demonstracji było przemówienie szefowej Solidarnych 2010, Ewy Stankiewicz. To ona, Tomasz Sakiewicz i jego wydawnictwa, a przede wszystkim Antoni Macierewicz dziś określają politykę Prawa i Sprawiedliwości. Jarosław Kaczyński staje się zakładnikiem głoszonych przez nich teorii zamachu rosyjskiego, oczywiście przy współudziale Donalda Tuska i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Stankiewicz powiedziała z trybuny słowa rewolucyjne – takich w trakcie 23 lat polskiej demokracji, nawet w okresie największych napięć politycznych nie słyszeliśmy. Oskarżyła premiera o zdradę stanu, o to, że działał w interesie rosyjskim. Przyrównuje go do zdrajców Targowicy. Prezydenta Bronisława Komorowskiego nazwała półanalfabetą. A Rosjanie mieli Polaków na podmokłym podejściu do lotniska dobijać...
W mediach słowa Ewy Stankiewicz przeszły bez echa – za to prawicowy internet aż się gotuje z zachwytu nad jej odwagą. Tyko, że tej postaci – już politykowi, a nie dziennikarce – z takim językiem bliżej jest Róży Luksemburg, niż prawicy.
Powracając do sprawy mediów Tadeusza Rydzyka i miejsca dla Telewizji Trwam na cyfrowym multipleksie - Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji kierowała się jasnym przesłankami, prawnymi i ekonomicznymi, odmawiając telewizji Tadeusza Rydzyka miejsca na multipleksie. I mam nadzieję, że będzie się tego trzymać, w interesie wszystkich – nadawców i widzów. Bo jak powiedział Wojciech Borowik, Prezes Stowarzyszenia Wolnego Słowa, jeżeli teraz, pod wpływem nacisków politycznych KRRiT zmieniłaby swoją decyzję, to będzie to dopiero prawdziwy skandal.
Azrael
