Ewa Stankiewicz i środowisko, w którym się obraca to już nie są dziennikarze.
REKLAMA
Interesujący się polityką mieli zapewne okazję widzieć wydarzenia piątkowe w Sejmie i wokół niego, a jeżeli nie - liczba relacji prasowych, telewizyjnych i internetowych idzie w setki. Każdy może sobie wyrobić własne zdanie o zachowaniu polityków, związkowców (a właściwie brygad związkowych, wynajętych do konkretnych celów szefostwa związku) i dziennikarzy. Nie ma sensu więc dokładać dodatkowej relacji. Skupię się tylko na pewnym wycinku - incydencie pomiędzy posłem Platformy Obywatelskiej i Ewą Stankiewicz, pracującą z kamerą właśnie wokół Sejmu.
Scysja pomiędzy Niesiołowskim i Stankiewicz została nagrana kamerą. Nie z boku, lecz przez uczestniczkę zdarzenia. To znak, że Stankiewicz zależało na tym, aby zostało to uwiecznione - z tej strony, z której stała. Niesiołowski, a także osoby mu towarzyszące stwierdzają, że Stankiewicz krążyła wokół niego, wyraźnie go prowokując. Poseł PO wyraźnie, kilkakrotnie, stwierdzał, że nie życzy sobie zdjęć, ani rozmowy. Nie był w Sejmie, nie był w sytuacji oficjalnej. Gdy Stankiewicz nie ustąpiła, odepchnął kamerę i odezwał się do niej wulgarnie. To również zostało uwiecznione.
I teraz pytanie - czy scysja wynikła z winy Stefana Niesiołowskiego, czy była wynikiem zamierzonej gry Ewy Stankiewicz? Stankiewicz specjalnie wybrała Niesiołowskiego, wiedząc, że jest on wrogo nastawiony do Prawa i Sprawiedliwości i do ludzi pracujących dla tej partii. I doskonale zdawała sobie sprawę, że tak zostanie odebrana - jako osoba dla Stefana Niesiołowskiego stojąca "po tamtej stronie". Stankiewicz wybrała osobę i sytuację sprzyjającą nakręceniu dobrego materiału - polityk znany ze swej niechęci do PiS-u, w pobliżu tłum związkowców, lżący polityków i osobiście Niesiołowskiego. Teraz wystarczy tylko tak zadziałać i użyć kamery, aby prowokacja się udała. I opublikować. Gotowe.
Potem następuję skoordynowana akcja kolegów Ewy Stankiewicz - dziennikarka zaatakowana i zelżona przez polityka. Dalej prosty schemat - list w obronie Stankiewicz i przeciwko Niesiołowskiemu, powielanie filmu i oburzenie establishmentu IV RP. Pani Stankiewicz staje się ikoną odbywającego się właśnie kongresu niezależnych mediów... A PiS ma konkretne paliwo polityczne i będzie składał wniosek o ściganie Stefana Niesiołowskiego.
Wszędzie dziennikarze są blisko polityków i stosują metodę prowokacji. Czy Stankiewicz można tego odmówić? Nie, nie można. Tylko, że Stankiewicz i środowisko, w którym się obraca to już nie są dziennikarze.
Ewa Stankiewicz była kiedyś reportażystką radiową, telewizyjną, autorką ciekawych filmów dokumentalnych, takich jak "Trzej kumple". Ale od dnia 10 kwietnia 2010, kiedy pojawiła się na Krakowskim Przedmieściu obok Jana Pospieszalskiego z kamerą, powoli zaczęła wychodzić z roli dziennikarki i publicystki, stając się aktywną uczestniczką wydarzeń. Jej film, „Solidarni 2010″, zrealizowany wspólnie z Pospieszalskim, nie był zapisem świadomości Polaków z tamtych tragicznych dni, lecz wybiórczą relacją, a w pewnych elementach również kreacją autorską. To był wprawdzie dokument sensu stricto, jako rejestracja pewnej rzeczywistości, jaka rozgrywała się na Krakowskim Przedmieściu w dniach i nocach kwietniowych, rzeczywiste kadry, zdjęcia, wypowiedzi, poddane rejestracji i podane widzom bez zbytniego komentarza. Tylko że później okazało się, że twórcy dokonali wyboru scen i wypowiedzi, materiał filmowy przestał mówić czystą formą rejestracji i zaczął przemawiać jako lustro poglądów jednej strony politycznej - Prawa i Sprawiedliwości. W tym momencie Stankiewicz przestała być obiektywną dziennikarką, stała się uczestnikiem gry. Jako obywatelka ma do tego pełne prawo – ale już jako dziennikarka, jeżeli spojrzymy na zapisy kodeksu etyki dziennikarskiej – nie. Tym bardziej, że w tym samym mniej więcej czasie stała się aktywną działaczką stowarzyszenia „Smoleńsk 2010″, a następnie założyła stowarzyszenie "Solidarni 2010". To stowarzyszenie, które rozpoczęło działalność polityczną, stawiając przez Pałacem Prezydenckim namiot.
Na tym namiocie znalazły się napisy, określające premiera, ministrów, urzędników państwowych mianem zdrajców. Firmowała to właśnie Ewa Stankiewicz. To był element szerszej układanki, której główną siłą sprawczą jest „Gazeta Polska” i jej redaktor naczelny, Tomasz Sakiewicz. Zwieńczeniem działalności stowarzyszenia "Solidarni 2010" było oficjalne poparcie Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych w 2011 roku. A sama Stankiewicz wielokrotnie brała udział w różnych imprezach i marszach, organizowanych także przez Prawo i Sprawiedliwość. Tak było między innymi w kwietniu tego roku, kiedy wzięła udział w marszu zwolenników Radia Maryja i Telewizji Trwam, w Warszawie. Stankiewicz powiedziała wtedy z trybuny słowa jakich w trakcie 23 lat polskiej demokracji, nawet w okresie największych napięć politycznych nie słyszeliśmy. Oskarżyła Donalda Tuska o zdradę stanu, o to, że działał w interesie rosyjskim. Przyrównała go do zdrajców Targowicy, a prezydenta Bronisława Komorowskiego nazwała półanalfabetą.
Ewa Stankiewicz nie jest dziennikarką. Jest już tylko prowokatorką wiecową i doradcą medialnym Prawa i Sprawiedliwości. W ostatni piątek poszła z kamerą pod Sejm tylko po to, aby dokonać prowokacji. I to się jej udało, w sposób niemal mistrzowski. Można mieć pretensje do Stefana Niesiołowskiego za to, że zachował się niegodnie. Do Ewy Stankiewicz pretensji mieć nie można. Ona wykonywała tylko zlecenie.
Azrael
