To nie brzoza, ani wybuchy bomb na pokładzie TU154M były przyczyną tragedii 10 kwietnia 2010 roku. Zderzenie tupolewa z brzozą było efektem tego, co działo się wcześniej, co zostało zapisane precyzyjnie i jednoznacznie w raporcie komisji Millera.
REKLAMA
Doktor Wiesław Binienda obwożony był przez ostatni tydzień po całym kraju, niczym mesjasz. Warszawa, Kraków, Białystok, pokazywano go na uczelniach, na mitingach "Gazety Polskiej". Nagrywano z nim materiały video i audio, mające potwierdzić teorie, że prezydencki tupolew, po pierwsze, nie mógł rozbić się o brzozę pod Smoleńskiem, po drugie - został rozerwany przez wybuchy na jego pokładzie, po trzecie wreszcie - komisje MAK i Millera ukrywały dowody zamachu. I tak, w sumie skromny i sympatyczny w zachowaniu naukowiec marginalnego uniwersytetu z miasteczka Akron w USA, stał się elementem politycznej propagandy.
Od wielu miesięcy zespół parlamentarny Antoniego Macierewicza, wspierany przez media Tomasza Sakiewicza, buduje konsekwentnie teorię zamachu. Zamachu przeprowadzonego przez Rosjan, za wiedzą Donalda Tusk i Bronisława Komorowskiego. Wszystkie prace komisji rosyjskiej i polskiej, polskich specjalistów, nawet polskiej prokuratury mają na celu zakłamanie i ukrycie "prawdziwych" powodów katastrofy prezydenckiego samolotu. Wszyscy się skupiają na ostatnich kilkudziesięciu sekundach lotu i tym, co się stało później - czyli zamaskowywaniu zamachu. Macierewicz i "Gazeta Polska" usuwają ze świadomości wszystkie niewygodne informacje, także te zawarte w raportach, lub podważają ich wiarygodność. W programie Jana Pospieszalskiego, "Bliżej", w telewizji publicznej, w którym Macierewicz i Binienda wystąpili, Macierewicz wygłosił trzy kwestie - i wszystkie trzy były kłamstwem, jak choćby ta, że polscy specjaliści nie dokonali oględzin wraku samolotu, tuż po katastrofie i pobrali próbek do badań z niego i z ziemi, na którą spadł. Tego rodzaju kłamstw, przeinaczeń, konfabulacji i manipulacji jest dużo więcej.
Wiesław Binienda stał się twarzą teorii zamachu, legitymizuje nie tylko swoje symulacje, ale również teorie doktorów Kazimierza Nowaczyka i Grzegorza Szuladzińskiego. To coś zupełnie niespotykanego w przypadku naukowca. Bo zarówno to, co prezentuje Binienda, jak również obaj wymienieni panowie, nie jest opracowaniem naukowym, ani nawet wnioskami z rzetelnych badań. Wszystkie materiały prezentowane przez zespół Macierewicza jako wyniki prac naukowych, nie spełniają żadnych norm. Nie ma tam baz danych wejściowych, szczegółów obliczeń, założeń teoretycznych, z powołaniem się na konkretne naukowe założenia i prawa fizyczne. Otrzymaliśmy tylko obrazki z komentarzem, coś w rodzaju pseudonaukowego "bullshitu", jak się to gwarowo określa. Macierewicz to doskonale do swoich celów wykorzystuje, media to nagłaśniają i przedstawiają jako "dowody". A te "dowody" dalej można przedstawiać jako "fakty". I tak na okrągło.
Padają sugestie, że polscy naukowcy, a przede wszystkim członkowie komisji Millera nie chcą stanąć w szranki z dr Wiesławem, Biniendą, ponieważ boją się politycznej odpowiedzialności. Coś w tym jest. Ale to oznacza zupełnie coś innego, niż sądzą insynuujący polskim naukowcom tchórzostwo. Po pierwsze - komisja państwowa Jerzego Millera zakończyła działalność, w formie raportu końcowego, więc jej członkowie nie mają uprawnień do wypowiadania się. Część z członków komisji, a także naukowcy, eksperci jest związana odpowiedzialnością zachowania tajemnicy państwowej, także z powodu tego, że są rzeczoznawcami w postępowaniu prokuratury. Z drugiej strony polscy naukowcy, szczególnie związani z lotnictwem, nie chcą się bawić w polityczną hucpę wywołaną przez Antoniego Macierewicza. Nie ma wśród poważnych naukowców, związanych z lotnictwem, mechaniką lotniczą, teorią aerodynamiki i fizyką lotniczą, ani jednego, który by chciał wejść w kompromitujący spór z bzdurami reprezentowanymi przez Bieniendę i jego kolegów. Tym bardziej zadziwiająca jest oświadczenie zespołu Antoniego Macierewicza, z opinią pięciu polskich inżynierów z tytułami profesorskimi, którzy podpisali deklarację solidarności z Wiesławem Biniendą. Naukowcy, którzy podpisali się pod multimedialną prezentacją, której założeń i metodologii nie znają. Zaiste, tak to tylko w Polsce...
Nie jest jednak tak, że naukowcy i specjaliści nie interesują się tą sprawą. Jeżeli pojawi się inicjatywa naukowej konferencji poświęconej zagadnieniu wypadku smoleńskiego, na pewno polscy naukowcy wezmą w niej udział. Zorganizowanie takie konferencji, a nawet powołanie zespołu badawczego sugerował prezes Polskiej Akademii Nauk, profesor Michał Kleiber. Czy taka inicjatywa znajdzie uznanie? To zależy od wielu czynników, także od postawy rządu. Dziś polscy naukowcy, działający na uczelniach politechnicznych w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku, działają oddzielnie - ale ich opracowania i symulacje są dość jednoznaczne - samolot spadł w wyniku złamania płatu skrzydła o brzozę.
Warto jednak pamiętać to, co w politycznej hucpie Antoniego Macierewicza umyka. Zderzenie Tu154M z brzozą było efektem tego, co działo się wcześniej, co zostało zapisane precyzyjnie i jednoznacznie w raporcie komisji Millera. I to nie brzoza, ani tym bardziej wybuchy bomb na pokładzie były przyczyną tragedii 10 kwietnia 2010 roku.
Azrael
