Grzegorz Schetyna jest potrzebny premierowi Donaldowi Tuskowi w jego bezpośrednim zapleczu z wielu powodów. I może przestać być "strategiczną rezerwą", a stać się znów rozgrywającym u boku Tuska.
REKLAMA
Problemem Donalda Tuska są spadające notowania - Platformy Obywatelskiej, która w niektórych sondażach otrzymuje poniżej 30%, słaba ocena rządu i poszczególnych ministrów, malejące od października ubiegłego roku poparcie dla niego osobiście, co jest szczególnie widoczne na tle wyników sondaży zaufania dla prezydenta Bronisława Komorowskiego. Te niezmienne są powyżej 50%, podczas gdy premier zbliża się do poziomu Jarosława Kaczyńskiego - ale tego drugiego końca sondaży, dla polityków o najmniejszym zaufaniu społecznym.
Nie wiemy jak będzie wyglądała kariera premiera po następnych wyborach parlamentarnych. Przypomnijmy, Donald Tusk obiecał, że premierem dłużej już nie będzie, deklarował nawet, że nie będzie poddawał się się kryteriom wyborów krajowych. Jest wielu takich, którzy prognozują mu karierę w Unii Europejskiej, jako szefa Komisji Europejskiej. Tylko, w samej Brukseli nikt na ten temat nic nie wie, a do tego dotychczasowi naturalni sprzymierzeńcy Donalda Tuska wykruszają się. Nicolas Sarkozy pożegnał się z Pałacem Elizejskim, a Angela Merkel jest dziś w Niemczech słaba, jak jeszcze nigdy dotąd. Sojusz z kryzysowym premierem Włoch, Mario Montim to pomysł na dziś, ale nie na lata. A innych twardych i silnych partnerów Tusk nie ma, na pewno nie są to kraje naszego regionu. Wystarczy przypomnieć napięte relacje z Litwą. Pozostaje więc zmiana planów - poddanie się znów weryfikacji wyborczej w kraju. Jako szefa partii, lub podjęcie trudnej decyzji stanięcia do wyścigu prezydenckim, w 2015 roku.
Pierwsze półrocze drugiej kadencji rządów PO - PSL nie było najlepsze. ACTA, zmiany w systemie refundacji leków, ustawa wydłużająca wiek emerytalny, wreszcie problemy z przygotowaniami infrastruktury do Euro2012, no i gafy pani minister Joanny Muchy, tuż przed turniejem - wszystko to nadszarpnęło wizerunek rządu i samego Donalda Tuska. Do tego widać wyraźnie, że rządzenie premiera już nie bawi, wręcz męczy. To jeszcze nie jest syndrom wypalenia, ale widać, że Donald Tusk chce odpocząć. Końcówka ubiegłorocznej kampanii wyborczej pokazała, jaką siłą i determinacją wówczas dysponował Donald Tusk. Wygrana, i to wyraźna wygrana, była jego zasługą. Kilka tygodni spędzonych w „Tuskobusie”, szybkie reakcje na kryzysowe sytuacje (jak choćby śmiertelne potrącenie kibica „Falubazu” w Zielonej Górze), umiejętność reagowania zgodnie z odczuciami społecznymi – to były atuty premiera. Pamiętamy też jak rozwiązał problem z dopalaczami, nie mówiąc już o aferze hazardowej. Dziś, pamiętając jego problemy z protestami społecznymi wobec umowy ACTA i gigantycznym zamieszaniem z refundacją leków, widać że Tusk stracił nie tylko chęć do walki, ale również intuicję społeczną. Nowym, silnym przeciwnikiem stała się "Solidarność", pod kierunkiem Piotra Dudy. Być może jest to problem także zmęczenie jego bezpośredniego zaplecza politycznego, tego rezydującego w Alejach Ujazdowskich. I dlatego coraz częściej mówi się o rekonstrukcji rządu. I o powrocie Grzegorza Schetyny.
Kiedy w październiku 2009 roku premier Donald Tusk, w wyniku wybuchu tak zwanej afery hazardowej, zdymisjonował Grzegorza Schetynę ze stanowiska wicepremiera i odesłał go do Sejmu, uważałem to za poważny błąd. Nie doszło jednak do destabilizacji rządu, ani dezintegracji Platformy Obywatelskiej. Decyzja o odwołaniu Schetyny i innych polityków bezpośredniego zaplecza rządowego (i politycznego) Tuska wydawała się zbyt szybka i zbyt demonstracyjna. Upokarzające usunięcie długoletniego przyjaciela i partnera politycznego, nie tylko formalnego zastępcy, mogło zaowocować wzrostem napięcia i problemami w przyszłości. Tusk rozbił nieformalny, dualistyczny układ władzy, jaki tworzył ze Schetyną, co mogło doprowadzić do „posypania się” partii. Nic takiego jednak się nie stało. Schetyna, mocny i dobrze oceniany wicepremier i minister spraw wewnętrznych, szybko odnalazł się w nowej roli szefa klubu parlamentarnego, a następnie, po katastrofie smoleńskiej, marszałka Sejmu. A jego miejsce u boku Donalda Tuska zajęli dawni koledzy z Kongresu Liberalno-Demokratycznego, Tomasz Arabski, Jan Krzysztof Bielecki i Krzysztof Kilian, oraz, oczywiście, szara eminencja Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Igor Ostachowicz.
Grzegorz Schetyna, po chwilowym zawahaniu swojej pozycji, szybko odbudował się, zostając marszałkiem Sejmu poprzedniej kadencji. Był znów ważną postacią Platformy Obywatelskiej i polskiej polityki. Zawdzięczał to nie tylko wierności wobec Tuska, a właściwie Platformie Obywatelskiej, ale również temu, że jest politykiem autonomicznym i niezależnym, który nie waha się mówić to co myśli. Ganił rząd i Donalda Tuska za brak reform, nie brakowało mu również odwagi krytykować politycznych zaniedbań premiera. Stąd jego twarde i wypowiedziane wprost ostre słowa dotyczące spóźnionej reakcji Tuska na raport komisji MAK. To, o czym inni politycy PO mówili półgębkiem na korytarzach sejmowych, Schetyna powtórzył kilkakrotnie do kamer i mikrofonów. I może to było przyczyną tego, że po wyborach marszałkiem Sejmu została Ewa Kopacz, a Grzegorz Schetyna, po tygodniach oczekiwania na rządową posadę, musiał zadowolić się stanowiskiem szefa komisji spraw zagranicznych, z gabinetem w bocznych korytarzach Sejmu.
Między Grzegorzem Schetyną, a premierem istnieje konflikt personalny, może dlatego, że pozostał takim samym liberałem, jakim był za czasów KLD i jakim się wydawała Platforma Obywatelska za swojego zarania. Dlatego dziś obła programowo PO nie jest partią jego marzeń. Poważniejszym problemem jest dla niego otoczenie premiera, ze wspomnianymi już Bieleckim, Kilianen, Ostachowiczem, czy ministrem Pawłem Grasiem. Grzegorz Schetyna, jak również kilku innych usuniętych w 2010 roku z KPRM polityków nie darzy tej ekipy zbyt dużą estymą. Niektórzy z nich mogą być jego przeciwnikami w walce o schedę, kiedy Donald Tusk odejdzie ze stanowiska prezesa partii – a będzie to być może w 2015 roku, kiedy wypadają wybory prezydenckie. Chyba, że jak niektórzy prorokują, zaplecze premiera na jesieni tego roku zostanie zmienione, a rząd poddany rekonstrukcji.
Warto jedno przypomnieć - Grzegorz Schetyna nigdy nie podważył wiodącej roli Donalda Tuska w Platformie Obywatelskiej. Kilkakrotnie odsuwany na boczny tor, nawet upokarzany przez Donalda Tuska, tak jak wtedy, kiedy dowiedział się o swojej dymisji z funkcji wicepremiera od dziennikarza, a nie z ust premiera, nigdy nie stanął do otwartej konfrontacji. Budując swoją pozycję w partii, frakcję, spółdzielnię, nigdy nie dążył do zastąpienia Donalda Tuska. Uważał i uważa nadal lojalność wobec partii za rzecz najważniejszą. A jest to przecież polityk ambitny, któremu wielu szeptało do ucha, jeszcze w roku 2009, że będzie premierem.
Dziś pozycja Grzegorza Schetyny jest zgoła inna, niż kilka lat temu. Słabsza, ponieważ wiele lat "wewnętrznej opozycji", komisja hazardowa, a także ostanie sprawy z korupcją w resorcie mu podległym kiedy był ministrem, musiały zostawić ślady. Mocniejsza, ponieważ okazuje się, że to on w dalszym ciągu może aspirować do funkcji partnera Donalda Tuska. Akolici, którymi Tusk otacza się w KPRM popełnili mniej, lub więcej błędów. Kobiety, którymi lubi się otaczać, nie spełniają nadziei, tak jak Ewa Kopacz. Wszyscy wspomniani wcześniej mogą doradzać, mogą wykonywać, ale w sytuacjach kryzysowych - Donald Tusk jest sam, i sam musi podejmować decyzje. A czasem, jak pod koniec kampanii wyborczej, musi sam ciągnąć wszystkie wagoniki swojej formacji. Dziś okazuje się dodatkowo, że jest obciążeniem dla partii - tak przynajmniej pokazują sondaże. I tak mówią niektórzy politycy jego partii.
Donald Tusk potrafi planować, choć twierdzi, że najważniejsze jest to, co dzieje się dziś. Wie, że "układ brukselski" jest praktycznie spalony, w związku z tym albo emerytura albo... Pałac Prezydencki. Na przeszkodzie stoi dobrze odbierany przez wyborców Bronisław Komorowski. Póki co prezydent jest wybierany w wyborach powszechnych, tak stanowi Konstytucja RP. Zmienić się jej nie da, PO z PSL nie mają wystarczającej siły, w związku z tym Bronisław Komorowski, który polubił swoją funkcję, musiałby zostać "obalony". Tego może dokonać tylko partia, Platforma Obywatelska. A Donald Tusk już nie może być tak pewien, że przekona ją do swojego pomysłu tak gładko. Chyba, że będzie miał sojusznika.
Grzegorz Schetyna jest potrzebny Donaldowi Tuskowi w jego bezpośrednim zapleczu z wielu powodów. Pierwszym jest konieczność poprawienia notowań rządu. Schetyna, jako "kanclerz" nadaje się do tego znakomicie. Pod drugie, nikt tak jak były marszałek nie jest wstanie panować nad partią. I po trzecie - bliskość Schetyny, z gwarancjami dla niego odpowiedniego stanowiska - i perspektyw - to rozbicie ewentualnego układu z Bronisławem Komorowskim. A także osłabienie innego polityka, który coraz mocniej jest lansowany przez niektórych polityków PO, Jarosława Gowina.
Donald i Grzegorz nie muszą palić fajki pokoju. Już swoje wypalili i wypili. Połączy ich znów pragmatyzm polityczny. Stare powiedzenie, "co cię nie zabije, to cię wzmocni" w przypadku Grzegorza Schetyny ma dziś wyjątkowy wydźwięk i sens.
Azrael
