Rocznica wyborów czerwcowych powinna zostać uznana za święto państwowe,
REKLAMA
Kilka lat temu, przy okazji okrągłej, dwudziestej rocznicy, pojawiła się inicjatywa, aby dzień 4. czerwca wszedł na stałe do kalendarza świątecznego, jako jedna z nielicznych rocznic , gdzie świadkami nie są postumenty pomników, groby i zapis klęsk albo moralnych zwycięstw, lecz żywa ludzka pamięć. I to pamięć świeża, nacechowana pozytywnymi wartościami.
Krytycy, ale również bezpośredni uczestnicy i beneficjenci tamtych wiosennych wyborów są zgodni – były one efektem umowy, kompromisem, w którym władza realnego socjalizmu chciała się nią podzielić –ale także odpowiedzialnością – z częścią opozycji. W wyborach brało udział tylko około 62% uprawnionych do głosowania, w związku z tym mandat tego Sejmu był silny, ale nie wiążący. Wiążące było dopiero to, co się stało w ciągu następnych trzech miesięcy kiedy został powołany rząd Tadeusza Mazowieckiego. Jednak już w pierwszej turze wyborów, gdzie 99 mandatów do Senatu zajęli kandydaci „drużyny Lecha Wałęsy”, a w wyborach do Sejmu została całkowicie wycięta lista krajowa, społeczeństwo zaakcentowało wyraźnie swój stosunek nie tyle do PRL, co do jego władzy.
Na 4 czerwca można patrzeć z różnych perspektyw. Dla jednych jest to dzień, w którym skończyła się władza komunistyczna. Dla innych natomiast jest to dzień, w którym zrealizowała się zgniła umowa części opozycji (środowiska KOR-u i Lecha Wałęsy) z władzą. „Genetyczni patrioci” do dziś nie mogą przeboleć, że zostali wtedy pominięci nie tylko w trakcie obrad Okrągłego Stołu, lecz również nie zostali zakwalifikowani do zespołu Wałęsy, który potem, po wyborach, stworzył OKP. Nie biorą jednak pod uwagę tego, że gdyby radykalna część opozycji zaistniała w Sejmie roku 1989, to nie jest do końca powiedziane, że ZSL i SD zdecydowałyby się na przejście na drugą stronę barykady. Zresztą prawica narodowo-katolicka miała swoje szanse w wyborach w roku 1991. I je zmarnowała, najpierw nie umiejąc stworzyć spójnego komitetu wyborczego, następnie doprowadzając do upadku rządu Olszewskiego. Dziś te środowiska są dalej na marginesie, ci, którzy negują ustalenia Okrągłego Stołu i wyborów czerwcowych, są w Polsce przegrani. Zawsze byli i będą, nawet Jarosław Kaczyński nie zabrał ich w 2005 roku na swój zwycięski rydwan. Ci sami dziś miętolą mit obalenia rządu Jana Olszewskiego i bredzą, że Polska to kraj niesuwerenny...
Rząd Mazowieckiego, poza reformami Leszka Balcerowicza, doprowadził do stabilizacji społecznej. Tak chętnie podnoszony temat braku rozliczeń z przeszłością można zderzyć z nieudanymi przez ponad dwa dziesięciolecia staraniami o pełną, bezkrytyczną lustrację.
Wiele problemów w Polsce zostało rozwiązanych, jesteśmy krajem stabilnej demokracji, patrząc na naszych sąsiadów, Ukrainę, nie mówiąc o Białorusi, możemy śmiało stwierdzić, że samoregulacja, w formie wyborów, sprawdza się w Polsce. Jednak jakość klasy politycznej, ze względu na system wyborczy, system finansowania partii politycznych, a także niespójną Konstytucję RP – pozostawia wiele do życzenia.
Komunizm nie skończył się 4 czerwca 1989 roku. On się skończył, moralnie i politycznie, 13 grudnia 1981 roku. To właśnie w tę zimową noc nastąpiło bankructwo partii, komunizmu. To co się działo przez następnych osiem lat, było tylko utrzymywaniem trupa w pionie. Społeczeństwo uległo, ale się nie złamało, wbrew pozorom to komuniści sami sobie przetrącili kręgosłupy. I tylko kwestią czasu było to, kiedy społeczeństwo i opozycja wygra. Choć niewielu w to wierzyło…
4 czerwca jest jednak datą odrodzenia polskiego parlamentaryzmu. Po raz pierwszy po wojnie akt głosowania był dobrowolny, nieprzymusowy, masowy chęcią obywatelską, był dniem, kiedy zmurszały gmach PRL zwalił się pod wpływem kartek do głosowania. To był początek przemian, które zaprowadziły Polskę do NATO, Unii Europejskiej, do Europy. Dwadzieścia trzy lata od wyborów to czas stałego rozwoju i skoku cywilizacyjnego i mentalnego społeczeństwa, częściowo okupiony stratami tych, którzy się nie potrafili przystosować.
W tle święta 4 czerwca warto wspomnieć, że ideę wprowadzenia Polski w czas demokracji nie dałoby się urzeczywistnić bez konkretnych ludzi, osobowości. To oczywiście Jan Paweł II, to również Wojciech Jaruzelski. To działacze opozycyjni, Tadeusz Mazowiecki, Bronisława Geremek, Adam Michnik, Bogdan Lis, Bogdan Borusewicz, Andrzej Celiński, Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak. Ale także Aleksander Kwaśniewski. I ci, którzy do 4 czerwca się dziś nie chcą przyznać, jak choćby Antoni Macierewicz, małżeństwo Gwiazdów, czy Krzysztof Wyszkowski. To ich działania doprowadziły do dnia wyborów.
4 czerwca jest symbolem zmian i jako taki powinien zostać uznany za święto państwowe, z punktu widzenia współczesnych Polaków ważniejsze, niż 11 listopada. Dzień,w którym się dyskutuje, spiera, ale pamięta o tym, że jest to dzień wspólnoty społecznej.
Azrael
