O autorze
Mamut po 50., ekonomista z wykształcenia, informatyk z zawodu i zamiłowania, bloger i publicysta internetowy z potrzeby serca. Czytam i piszę ze zrozumieniem, przynajmniej to co rozumiem. Po kilkudziesięciu latach pracy mam trochę luzu, więc to co mnie boli staram się przelać na "papier".

Jak dzieci...

Europejska wizyta Mitta Romneya ma tylko wymiar wyborczy i propagandowy.


Polacy dalej jednak tkwią w epoce postkolonialnej, opisywanej przez Ewę Thompson, polskiego naukowca pracującego w Stanach Zjednoczonych. Potrzebują opinii zewnętrznych mediów, mediów i dowartościowywania przez wątpliwe autorytety. Dlatego też republikański Mitt Romney. kandydat na kandydata w zbliżających się amerykańskich wyborach prezydenckich, przyjmowany był z takimi honorami. Odwdzięczył się dwudziestominutowym przemówieniem w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, z którego, po odcedzeniu nazwisk Wojtyły, Wałęsy, Pułaskiego i dat z historii narodu polskiego niewiele pozostało.


Europejska wizyta Romneya ma wymiar wyborczy i propagandowy. Republikański polityk usiłuje pokazać się jako kontynuator Ronalda Reagana, ponoć szuka w jego prezydenturze inspiracji. Stąd przywołanie "Solidarności", stąd również spotkanie z Lechem Wałęsą. To spotkanie w Trójmieście i foty z polskim bohaterem narodowym to największa wartość dla Romneya. Załatwia nią wiele spraw, szczególnie w kontekście pewnych domniemanych, czy urojonych konfliktów Wałęsy z Barackiem Obamą.


Polskie przyjęcie Romneya na takim szczeblu - spotkanie z prezydentem Bronisławem Komorowskim w jego siedzibie, rozmowy Donalda Tuska, spotkanie z szefem MSZ, obecność marszałka Senatu, Bogdana Borusewicza, w BUW-iwe - to świadectwo polskiego kompleksu i serwilizmu wobec Stanów Zjednoczonych. Polityk tej pozycji powinien być przyjęty przez szefa PISM, ewentualnie przez szefów instytucji polsko - amerykańskich. Dobrze, że Romneya w Polsce pilotował Jerzy Koźmiński, szef Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności - i to powinien być właśnie ten szczebel kontaktów. Tym bardziej, że Romney ma małe szanse na zwycięstwo w listopadowych wyborach i takiego fetowanie go w Polsce nie poprawi naszych relacji z administracją Baracka Obamy.


Romney tanim kosztem osiągnął to, co chciał - dano mu okazję do przemówienia w Warszawie dla swoich wyborców (raczej nie do Polonii, ponieważ jej głos jest mało znaczący), do złożenia kilku wieńców, do zrobienia kilkunastu fotek, przedstawiających go jako męża stanu klasy międzynarodowej. Zrobiliśmy to za "bezdurno". Niektóre polskie kręgi polityczne liczyły na to, że
Romney w Warszawie wygłosi ostre przemówienie skierowane w stronę Kremla. Na szczęście, dla nas, nic takiego się nie stało, nie było również żadnych odniesień do sprawy instalacji w Polsce tarczy antyrakietowej.

Dla Mitta Romneya i jego sztabu liczy się tylko kampania wyborcza. Wizyta w Polsce - a także wcześniejsze spotkania w Londynie i Izraelu miały czytelny przekaz odróżnienia go od jego przeciwnika, urzędującego prezydenta, Baracka Obamy. Szkoda, że daliśmy się rozegrać tak przedmiotowo.

Azrael