Czy sprawa "Amber Gold" jest preludium rozliczeń ze SKOK-ami?

REKLAMA
Nie sądzę, aby ktoś z własnej woli, napędzany tylko zainteresowaniem politycznym spędził przed ekranem telewizora 16 godzin w trakcie debaty o aferze Amber Gold, Marcina P., która tak naprawdę jest aferą instytucji państwa. Tym bardziej, że scenariusz był przewidywalny, role były rozdane, a opozycja wpisała się doskonale w scenariusz nakreślony przez Platformę Obywatelską.
Już po głosowaniu wniosku o powołanie komisji śledczej w sprawie Amber Gold Leszek Miller przytomnie zauważył, że „W sejmie decyduje nie ten kto ma rację ,a ten kto ma większość”. Słusznie, dlatego też wszystko odbyło się pod dyktando rządu. Sprawa, która mogłaby by być podstawą do szerszej dyskusji o kondycji prokuratury, systemie nadzoru nad jej pracą, ale także systemie kontroli nadzoru finansowego i służb specjalnych, została rozbita na segmenty. Znalazł się główny winny, czyli prokuratura, z jej szefem, prokuratorem generalnym na czele, mnie winni, czyli ABW i system kontroli finansowej, sprawowany przez urzędy skarbowe. To było wyraźne zaciemnienie sprawy, nie dotknięto podstawowego elementu problemu – jak mogło się zdarzyć, że wielokrotnie skazanemu przestępcy łatwo udało się uruchomić, w świetle jupiterów i z krzyczącymi reklamami tak olbrzymi, krajowy biznes? Czy to błąd systemy, korupcja urzędnicza, a może jednak korupcja polityczna?
Opozycja zamiast znaleźć słabe punkty i w nie uderzyć – konkretnymi wnioskami, nie na niwie Sejmu, ale formułując problemy i wnioski do organów ścigania wobec urzędników państwowych – poszła po najmniejszej linii oporu. Zrobiła spektakl audiowizualny, zadając setki pytań. Do głosu zgłosiło się 175 posłów, podczas gdy powinno ich być 15. W tym potoku pytań cała sprawa została rozmyta, z całego tego potoku pytań i bon motów nic nie zostanie. A już na pewno poszkodowani przez Amber Gold i potencjalni klienci podobnych instytucji para finansowych nie wiedzą, czy zostaną poddani dodatkowej ochronie.
Najbardziej merytoryczny głos miał premier. To on w trakcie swojego wystąpienia podjął temat zakresu ingerencji państwa w działalność instytucji biznesowych, zastanawiając się, ile liberalizmu i wolności wyboru można pozostawić obywatelom w dysponowaniu ich środkami. Tym bardziej, że nawet dość pobieżne obliczenia zgłoszonych strat i roszczeń wobec Amber Gold pokazują, że klientami tej firmy nie byli wcale ludzie biedni. To mit, że klientami byli biedni emeryci. To byli ludzie zasobni w wolną gotówkę.
Z wczorajszej debaty można było odczytać kilka sygnałów. Pierwszy jest ten, że czas Andrzeja Seremeta na stanowisku prokuratora generalnego dobiega końca. Już nie powoli, lecz raczej szybko. Rząd da mu czas na załatwienie brudnej roboty w prokuraturze trójmiejskiej i rozpocznie procedurę jego odwołania – poprzez nieprzyjmowanie sprawozdania z działalności prokuratury.
Po drugie – premier dostał doskonały argument, aby zrobić porządek z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Brak jasnych sygnałów nie tylko w sprawie samej afery Amber Gold, ale przede wszystkim zezwolenie na całą akcję z synem premiera, Michałem i jego zatrudnieniem w spółce zależnej Marcina P., OLT Express, jest dobrym momentem na uporządkowanie sprawy. I wielce prawdopodobne pozbycie się Krzysztofa Bondaryka…
I ostatni sygnał – rząd rozwiązując poza Sejmem i komisją specjalną sprawę Amber Gold nie zapomni o innych “ciułaczach”, narażonych na potencjalne niebezpieczeństwa. Oznacza to, że jeszcze na jesieni SKOK-i senatora Grzegorza Biereckiego zostaną otoczone szczególną “opieką” ze strony KNF, ale również innych organów państwa. I to dopiero będzie ciekawa rozgrywka… polityczna.
Azrael