
Zabiłem ją.
REKLAMA
Zabiłem ją ubiegłej nocy, udusiłem poduszką, którą jej stara matka własnoręcznie faszerowała puchem, a potem dała nam w prezencie ślubnym. To był radosny dzień, ale tak dawno, że radość została już tylko wyblakłym wspomnieniem, co innego miłość, to z jej powodu zrobiłem to co zrobiłem, zabiłem ją, ponieważ nie mogłem kochać jej dłużej, a jednocześnie lękać się, że ona nie odwzajemnia już moich uczuć. Zabrałem się do tego kiedy spała, zrobiłem to sprawnie, nie mam wątpliwości, że obudziła się na chwilę, musiała być jeszcze w tym stanie w jakim są zwykle ludzie wyrwani z głębokiego snu. Jej myśli wciąż krążyły wokół ostatków jakiejś fantazji, jeśli tylko była to jedna z tych nocy kiedy śniła, a śniła często, zabiłem ją, nie było innego wyjścia, byłem co do tego przekonany tak wtedy jak dziś, zabiłem ją zgodnie z planem, który narodził się w mojej głowie dawno temu i od tej pory muskał wszystkie moje myśli, zwłaszcza kiedy poszedłem nad rzekę, zabiłem ją, musiałem to zrobić, bez dwóch zdań.
XXX
Co tu dużo gadać, z tym śledztwem wszystko było nie w porządku. K., inspektor, znosił to najgorzej, zbladł, odmawiał przyjmowania posiłków, a pił wyłącznie wódkę żytnią z butelki oznaczonej naklejką budzącą przerażenie wśród ludzi przyzwoitych. Naturalną scenerią inspektora był deszcz i popielniczki, wysokie, stojące na obskurnych korytarzach. K. był typem twardziela z historią, ze straszną tajemnicą i wszystkimi tymi rzeczami, które znajdziecie w kryminałach. I oczywiście łamał wszystkie zasady, ponieważ jego zdaniem wymyślili je idioci dla jeszcze większych idiotów.
- Łamię wszystkie zasady, ponieważ wymyślili je idioci dla jeszcze większych idiotów – napuchnięty pysk inspektora był najlepszym wytłumaczeniem jego naturalnych skłonności i nadnaturalnych możliwości. Inspektor, jak wszyscy ludzie o umysłach wielkich i takich sobie, pił bez przerwy, ale widać to było najlepiej wczesnym rankiem, kiedy walka jaką musiały na codzień toczyć jego trzewia odrysowywała się na jego policzkach i pod oczami.
Siedział w pościeli z żarzącym się papierosem w zębach, pozwalał by popiół sam spadał między puchowe poduszki, kątem ust żłopał czarną jak śmierć kawę, i harczał ilekroć fusy osiadły mu na gardle. Głęboka prawda o życiu jaką wyrysował na jego twarzy wieczór pełen ciepłej wódki, szemrane towarzystwo i wszechobecna przemoc, z którą jak każdy przyzwoity człowiek zbratał się w sadystyczno masochistycznym uścisku, nigdy nie przestała mnie zdumiewać. Zawsze powtarzał, że nie ma nic lepszego na kaca niż odrobina wielkomiejskiej melancholii.
-Nie ma nic lepszego na kaca niż odrobina wielkomiejskiej melancholii – zabulgotał wlewając porządnego stugramowego klina w gardło. Jakim cudem potrafił pić i mówić w tym samym momencie, pozostawało dla mnie zagadką. Co do melancholii, miał rację. Zwłaszcza jeśli się ją odpowiednio podleje.
Musiało minąć sporo czasu zanim ostatecznie wygrzebaliśmy się z jego mieszkania za Żelazną Bramą. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz szykował się wieczór, a my, obaj z lekka dziabnięci, inspektor nie znosi leczyć kaca w samotności, byliśmy pełni najlepszych nadziei. Ledwo zaleczył kaca, obudził się w nim młodzieńczy duch romantycznego kochanka, wrażliwego na piękno i cierpienie, mizoginię i wybrzuszenie. Poszliśmy prosto nad Wisłę, miejscem, w którym kiedyś była Świętokrzyska, przed siebie do Tamki, udało nam się uniknąć pokusy dołączenia do imprezujących na lewym brzegu szczęśliwców.
-Uważaj – syczy przez zęby K. – prawy brzeg jest zupełnie inny od tego, do czego my, mieszkańcy lewej strony tego przegniłego od środka miasta przywykliśmy, prawy brzeg ma swoją własną historię, możesz myśleć, że wiele w życiu widziałeś, ale póki nie widziałeś wszystkiego co jest do zobaczenia na prawym brzegu, jesteś jak jedna z tych uczonych na lekarza dzierlatek, którym się myli perforacja z penetracją, miej oczy wokół głowy, prawy brzeg to zupełnie inna historia.
Im bliżej byliśmy prawego brzegu tym bardziej zawstydzające wydawały się światła mostu Świętokrzyskiego, o historii tak krótkiej, że nie doczekał się chyba jeszcze jednego samobójcy. Ciągnęło nas na drugą stronę, tam gdzie światło latarni zdawało się przygasać, ciągnęło nas do jednej z tych strasznych historii, które musiały się przecież kryć w tych ciemnościach, jeśli to miasto ma mieć jeszcze choć jedną historię tak okropną, że zapomnieli jej dorobić szklanej architektury i równych krawężników, to musiała się ona wydarzyć właśnie tutaj.
XXX
Przyszedłem na świat po wojnie, jakiś czas, nie dość długi by miasto otrząsnęło się z tego, co mu zgotowano. My, starzy mieszkańcy, rodzimy się z mordem w genach, mamy go we krwi, bo nasze matki widziały płonących ludzi, widziały dzieci wyrzucane z okien, na pierzaste poduchy, podobne do tej, którą po raz ostatni nakryłem twarz mojej żony.
Zanim to się stało, sporo czasu spędzałem nad rzeką, schodziłem w dół nowym chodnikiem, latem powietrze jest tam gęste od komarów i całego tego obrzydlistwa, które wyłazi spod ziemi kiedy tylko zrobi się dostatecznie ciepło. Plugastwa lubią upały, zupełnie jak ja, dlatego staramy się sobie nie przeszkadzać.
Był czas kiedy świat nie zaglądał na nasze podwórko. Kiedy na studziennym placyku otoczonym oknami naszej kamienicy można było usiąść na ławce i pomyśleć. Każdy kto przeszedł przez jedną z dwóch ledwo uchylonych bram musiał się czuć intruzem. Wchodzisz do nieswojego świata kolego, uważaj, bo z każdego okna ktoś cię obserwuje, nie ma to tamto, nie tylko stara baba ogrzewająca twarz w słońcu, nie tylko ona, ją widać na pierwszy rzut oka, ale ona jest tylko przynętą, prawdziwi myśliwi czają się za lekko uchylonymi oknami, w swoim smutnych mieszkaniach, na swoich drewnianych klatkach schodowych, ze swoim grzybem na ścianie, pełznącym i wypalającym w nich wszystkie ludzkie uczucia, w takich miejscach rodzą się mordercy, prawdziwi, a nie farbowani, jak ci desperaci, którzy wplątali się w interesy nie z tymi co trzeba, tutaj kochany, tutaj ludzie nie potrzebują wielkich motywów, wielkim motywem jest tu zbrodnia sama w sobie, zbrodnia bez powodu, w szale przy wódce, albo jednego z tych smutnych poranków, kiedy cały świat pławi się w słońcu i radości, a tu kiełkuje ten dziwny rodzaj szaleństwa, który popycha nas do mordu.
Był czas kiedy świat nie patrzył nam na ręce. Kiedy los pijaczka był jego prywatnym nieszczęściem, czas, kiedy ulica na zewnątrz nie wlepiała oczu w nasze podwórko, czas kiedy nie musielibyśmy być przemykającymi cieniami, był czas, kiedy świat na zewnątrz mógł nie istnieć, nie przypominał, że na zewnątrz wszystko ciągle biegnie i nie czeka. Ta cisza, w której upłynęło moje dzieciństwo, cisza przerywana krzykiem sąsiadki, płaczem pijaczka z parteru, ta cisza zniknęła. Zastąpił ją miejski szum, samochody, ludzie, wysokie budynki. Nasz czas minął, zatrzymaliśmy się w pojedynczej chwili i nikt nam nie powiedział, że z każdą minutą ta chwila ucieka coraz bardziej do przeszłości, nikt nie dał nam szansy, kiedy zrozumieliśmy jak się sprawy mają było już za późno, świat wyprzedził nas o kilka długości, nie było sensu go gonić, część z nas nie zdążyła się jeszcze zestarzeć, a już byliśmy reliktami, byliśmy jak rozpadające się budynki, które kupiono tylko po ty by je zrównać z ziemią i postawić na ich miejscu cud ze szkła dla innych, nowych ludzi.
Wiele się zmieniło. Niczego nie nauczymy naszych dzieci, to one mogłby uczyć nas, gdyby była jeszcze nadzieja, że ten nowy świat nas przyjmie i że my nauczymy się go kochać. Jesteśmy dziś osobnym gatunkiem, koniecznym efektem przyspieszenia, stary świat zapadł się w sobie jak czarna dziura, pożerając nasze życia, nasze historie i nasze miłości jak gwiazdy. To, że jeszcze istniejemy to pozór, jesteśmy statystami, nie mamy żadnej dużej roli do odegrania. Poza rolą mordercy, na tym się jeszcze znamy, mord się nie przedawnia, nie ma go jak zmodernizować, to jest jeszcze jednorazowa szansa na karierę, stary dobry mord nic a nic się nie zestarzał.
Myślałem o tych i wielu innych rzeczach każdego dnia. Siedziałem na ławce pod drzewem, które tak pięknie wyrosło w środku naszego podwórka i piłem. Nowy świat zapomniał o tym, że jest nieszczęśliwy, melancholia nie jest już w cenie. Są wariaci, ale oni zamiast wałęsać się po ulicach i uciekać przed kamieniami, siedzą w specjalnych ośrodkach, gdzie szkoli się ich stosownie do możliwości, kto w tym nowym świecie słyszał o podwórkowym wariacie, kiedyś było ich wielu, każda najmniejsza ulica miała przynajmniej jednego szaleńca, szaleństwo też należy już do przeszłości, nowy świat się nie ślini nieświadomie, nie błekocze pod nosem, nie zezuje, nowy świat nie biega z wywieszonym językiem i ściągniętymi portkami, w nowym świecie szaleństwo zniknęło z ulic, schowało się w klinikach, w domach i biurach.
XXX
Stanęliśmy w miejscu gdzie Wybrzeże Szczecińskie zbiega się z Okrzei. Znaleźliśmy chodnik w dół, w stronę Wisły, powietrze było duszne, światła centrum ledwo przebijały się przez drzewa, na drugim brzegu ludzie będą bawić się jeszcze długo, to K. nas tu przyprowadził, miał wiele zalet, o których mogliście nie słyszeć, telepatia, wróżenie z fusów oraz codzienny kontakt ze zjawiskami paranormalnymi to była dla niego normalka, być może dlatego nas tu przyprowadził, zawsze powtarzał, że bywają w życiu momenty kiedy najważniejszy jest nos, choć oczywiście zdając sobie sprawę z całej dwuznaczności tego stwierdzenia, dodawał, że wątroba i dobrze wypalony przełyk również bywają kluczowe. –Widzisz, bywają w życiu momenty, kiedy najważniejszy jest nos – szepnął przeciskając się przez krzaki. – Choć oczywiście wątroba i dobrze wypalony przełyk również bywają kluczowe. Daj no tę flaszkę.
I wtedy, nad samą rzeką, spotkaliśmy ją.
Jej ciało unosi się na wodzie, ma otwarte oczy, spojrzenie wbite w niebo, lekko zezuje w naszą stronę, od razu widać, że sprawia jej to przykrość, kto z was nie wierzy, niech spróbuje sobie poleżeć na wodzie, nie wspominając o tym, żeby się jeszcze rozglądać na lewo i prawo.
- Czemu cię utopili rusałko? – szepcze K. natychmiast i po drańsku wchodząc w rolę młodego D’Artagnana. - Wejdź no tu do mnie kochaneczku, to ci zaraz wszystko wytłumaczę – charcze rusałka. Ten D’Artagnan charakteryzuje się wyjątkową wrażliwością w stosunku do kobiet, nie wspominając o rusałkach, które z natury rzeczy mają szczególny wpływ na młodych kawalerów o konkretnym typie osobowości. - Już do ciebie lecę kochana rusałko, wszystko mi opowiesz, zajmiemy się konfidentem, który cię tak załatwił, bez dwóch zdań.
Nim zdążę się obejrzeć K. stoi już po kolana w wodzie, brnie po grząskim dnie, przedziera się przez krzaki, klnie na czym świat stoi i co kilka kroków pociąga z butelki sapiąc przy tym, sycząc i szamocząc się jak niech mnie diabli.
- Co za podłość, tak załatwić biedną rusałkę, muszę przyznać, że inaczej sobie ciebie wyobrażałem, odkąd jako młody chłopak po raz pierwszy zapragnąłem kobiety, myślałem wtedy, że rusałki są piękne, młode i kuszące, cóż, nie można o tobie powiedzieć ani jednej z tych rzeczy, ale małostkowością niegodną dżentelmena byłoby odmawiać ci teraz pomocy, słowem, raz się rzekło, albo raz kozie śmierć, czekaj no, jeszcze parę kroków i wszystko nam opowiesz.
To był jeden z tych razów kiedy myślałem, że widzę K. po raz ostatni.
XXX
Zamierzam płakać po tej miłości, tak pomyślałem kiedy po raz pierwszy spojrzałem na nią jak wieszała pranie na sznurku rozciągniętym między dwoma słupkami. Zalana słońcem, piękna, poruszała się wolniej niż my, wolniej niż świat, każdy jej ruch zostawał w pamięci na długo, wieszając pranie odgarniała włosy ramieniem, na którym perlił się pot. Zauważyła mnie i uśmiechnęła się, a ja pomachałem jej i ukryłem się głębiej w cieniu, bałem się, w jej spojrzeniu było coś, co nie pozwalało mi kłamać, wierciła we mnie swoimi wielkimi oczami, zabiłem ją także z tego powodu, nie mogłem znieść myśli, że ona wszystko wie, zna mnie lepiej niż ktokolwiek, zabiłem ją bo już dawno nie należałem do siebie samego, należałem do niej w całości, jednym spojrzeniem mogła mnie załatwić, zabiłem ją z zemsty, ponieważ nigdy nie czułem się tak słaby jak przy niej. Już wtedy, wiedziałem, że będę po niej płakał, będę cierpiał kiedy odejdzie, a do momentu, w którym to nastąpi, będę się bał, nigdy już nie będę wolny, jej spojrzenie, kiedy spojrzała na mnie po raz pierwszy, odebrało mi wolność, odebrało ją na zawsze, chciałem ją za to nienawidzić, ale nie potrafiłem, zabiłem ją, musiałem, to było jedyne możliwe wyjście.
Jeśli znacie się trochę na starych ulicach, jeśli lubicie nocne spacery celując zwłaszcza w zakamarkach, znajdziecie mnie bez kłopotu. Siedzę na swojej ławce, a wydarzenia, o których wam opowiedziałem coraz bardziej zacierają się w mojej pamięci, tak ponoć działa umysł, prawda splata się z wyobrażeniami, wydarzenia realne z fantazją, aż w końcu nikt nie jest w stanie odróżnić prawdy od kłastwa, jeśli to prawda co mówię, znaczy to, że natura przewidziała istnienie takich charakterków jak ja, a to znaczy, że nawet ja, morderca swojej żony, nawet ja mam swoje miejsce na tym świecie.
C.D.N.
