Kiedy grupa zamaskowanych osób wdziera się na salę wykładową, kiedy zamiast akademickiej dysputy wybrzmiewają tam nienawistne hasła – to nie wolno nam mówić, że nic się nie stało. To co zdarzyło się na Uniwersytecie Warszawskim, to nie były „szczeniackie wybryki”
REKLAMA
Uniwersytet jest przestrzenią dyskusji - nawet tych najbardziej zaciekłych i trudnych, nawet tych, w których ścierają się poglądy na sprawy polityczne czy obyczajowe. Uniwersytet więc niejako z definicji jest przestrzenią sporu. Ale nie może być przestrzenią agresji.
Profesorowie i wykładowcy akademiccy są po to, by przeprowadzać studentów nawet przez te najtrudniejsze, najbardziej emocjonujące intelektualne spory, by pomagać wyciągać wnioski, a gdy trzeba – studzić rozgrzane głowy i pilnować, by spór nie wymykał się akademickim regułom. Wyraziste, ostre, czasem radykalne poglądy to przywilej młodości – a uniwersytet w swej mądrości wygospodarowuje dla nich przestrzeń. Dlatego w uczelniach działają rozmaite organizacje studenckie, niektóre o precyzyjnie określonych programach i sympatiach politycznych. I nic w tym złego.
Źle dzieje się jednak wtedy, gdy właściwa uniwersytetom dyskusja, czy nawet spór, wymyka się wszelkim akademickim regułom! Wtorkowe zajście na Uniwersytecie Warszawskim, gdy na wykład otwarty prof. Magdaleny Środy wtargnęła agresywna grupa zamaskowanych osób, wykrzykując nienawistne hasła, było pogwałceniem akademickiej tradycji i akademickiej godności. W takiej sytuacji władze uczelni, wykładowcy i studenci powinni zaprotestować równie mocno. Niezależnie od swoich osobistych poglądów i przekonań.
W wielu sprawach różnimy się z prof. Magdaleną Środą, jednak jako nauczyciel akademicki solidaryzuję się z nią w sprzeciwie wobec łamania naszych wspólnych akademickich reguł. Nie można tej agresywnej grupy traktować jak jakiejś nieistotnej i hałaśliwej mniejszości. Bo wówczas wtorkowy incydent może stać się zapowiedzią innych, pewnie o wiele poważniejszych wydarzeń. Nie pozwólmy, by budziły się demony.
Profesorowie i wykładowcy akademiccy są po to, by przeprowadzać studentów nawet przez te najtrudniejsze, najbardziej emocjonujące intelektualne spory, by pomagać wyciągać wnioski, a gdy trzeba – studzić rozgrzane głowy i pilnować, by spór nie wymykał się akademickim regułom. Wyraziste, ostre, czasem radykalne poglądy to przywilej młodości – a uniwersytet w swej mądrości wygospodarowuje dla nich przestrzeń. Dlatego w uczelniach działają rozmaite organizacje studenckie, niektóre o precyzyjnie określonych programach i sympatiach politycznych. I nic w tym złego.
Źle dzieje się jednak wtedy, gdy właściwa uniwersytetom dyskusja, czy nawet spór, wymyka się wszelkim akademickim regułom! Wtorkowe zajście na Uniwersytecie Warszawskim, gdy na wykład otwarty prof. Magdaleny Środy wtargnęła agresywna grupa zamaskowanych osób, wykrzykując nienawistne hasła, było pogwałceniem akademickiej tradycji i akademickiej godności. W takiej sytuacji władze uczelni, wykładowcy i studenci powinni zaprotestować równie mocno. Niezależnie od swoich osobistych poglądów i przekonań.
W wielu sprawach różnimy się z prof. Magdaleną Środą, jednak jako nauczyciel akademicki solidaryzuję się z nią w sprzeciwie wobec łamania naszych wspólnych akademickich reguł. Nie można tej agresywnej grupy traktować jak jakiejś nieistotnej i hałaśliwej mniejszości. Bo wówczas wtorkowy incydent może stać się zapowiedzią innych, pewnie o wiele poważniejszych wydarzeń. Nie pozwólmy, by budziły się demony.
