Kolejne raporty o innowacyjności pokazują to, co i tak widać gołym okiem - polskie przedsiębiorstwa są zbyt mało innowacyjne. Dotyczy to, niestety, całego spektrum polskiego rynku od inwestycji w wysokie technologie i badania B+R aż po innowacyjność w usługach.
REKLAMA
Mamy dwa wyjścia albo publikować kolejne raporty albo sięgnąć do sedna problemu i zastanowić się, jak zachęcić polskich przedsiębiorców do szukania własnej drogi do sukcesu zamiast powielania sprawdzonych już rozwiązań.
Na kanale TVP Historia oglądać możemy archiwalne wydania Dziennika Telewizyjnego z lat 80. ubiegłego wieku. Niemalże w każdym wydaniu dziennikarze obszernie informowali o kolejnych umowach o współpracy naukowo badawczej z których kompletnie nic nie wynikało. Każda firma produkcyjna posiadała własne centrum badawczo-rozwojowe, które było najczęściej miejscem zsyłek krnąbrnych inżynierów a słynne wnioski racjonalizatorskie zapychały jedynie szuflady dyrekcji. Transformacja ustrojowa z początku lat 90. niestety nie wskrzesiła ducha polskiej innowacyjności. System finansowania i zarządzania nauką nie mobilizował do współpracy z biznesem, a zagraniczni inwestorzy badania woleli prowadzić w swoich centralach zamiast szukać partnerów wśród polskich naukowców. "To nie nauce, lecz transferowi gotowych technologii zawdzięczamy wzrost gospodarczy" twierdził słusznie w 2004 roku na łamach tygodnika Wprost (Numer: 49/2004)Leszek Balcerowicz.
Ostatnio ukazał się raport pt. "Kurs na innowacje" firmowany przez prof. Jerzego Hausnera. Większość stwierdzeń zawartych w raporcie i przytaczanych przez niego w wypowiedziach i artykułach prasowych przeczytać można było we wcześniejszych opracowaniach a nawet w uzasadnieniach do niedawnej reformy nauki. Na czym więc polega innowacyjność poglądów profesora? Otóż, twierdzi on, że nadmiar inwestycji ze środków strukturalnych UE hamuje rozwój polskiej nauki i gospodarki.
Krytykę rządu za zbyt efektywne i skuteczne wykorzystywanie środków unijnych złośliwi tłumaczyliby zapewne faktem, że rząd, którego wicepremierem był Jerzy Hausner z pieniędzmi z Brukseli miał wyjątkowe trudności.
"Absorpcja Funduszu Spójności przez Polskę pozostaje na poziomie krytycznym w porównaniu z innymi krajami UE. W rzeczywistości, z absorpcją na poziomie 27,2 proc. Gorzej od Polski wypada jedynie Malta, lepiej wypadają nawet Rumunia i Bułgaria, a średnia unijna wynosi 48 proc." - czytamy w raporcie z 2007 roku firmy Blomeyer&Sanz opracowanego na zamówienie Komisji Kontroli Budżetowej Parlamentu Europejskiego. W raporcie zauważano, że wykorzystanie zarówno Funduszu Spójności jak i Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego było szczególnie niskie w 2004 i 2005 roku. Warto zauważyć, że dziś w przypadku Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka jest to niemal 93% alokacji, Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki – 75%, a Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko – 99% dostępnej alokacji!
Zanim jednak uzasadnię - może dla niektórych zaskakującą i nowatorską tezę - iż taka dobra absorpcja funduszy Unijnych służy właśnie wzrostowi innowacyjności, musimy odpowiedzieć na podstawowe pytanie: dlaczego wysoki poziom innowacyjności jest domeną krajów najbogatszych? Odpowiedź jest, niestety, prosta - ponieważ, nie mają one innych źródeł, gdzie mogą kupować najnowsze technologie. Konkurencja wewnętrzna zaspokaja ich popyt na wysokie technologie, a dodatkowo centra badawczo-rozwojowe większych firm są właśnie tam ulokowane. Czy jest zatem możliwe nadrobienie przez Polskę dystansu do Skandynawii, Niemiec czy W. Brytanii? Jest to niezwykle trudne ale w dłuższej perspektywie nie tylko wykonalne, ale także konieczne.
Pierwszym i podstawowym warunkiem rozwoju innowacyjności jest zatem zapewnienie wzrostu gospodarczego takiego, który pomoże nam dogonić najbogatsze kraje europejskie. Analizując dynamikę PKB w ostatnich 4 latach możemy powiedzieć, że jeśli zostanie ona utrzymana w przyszłości, to średni dochód narodowy w UE dogonimy w 2025 roku, a obecny dochód narodowy Niemiec w 2028 r. Należy pamiętać, że gdy w latach 2008-11 PKB w Unii Europejskiej przeciętnie lekko spadło, to Polska osiągnęła
skumulowany wzrost na poziomie 15,8%, co stanowi dwa razy więcej niż Słowacja, plasująca się na drugim miejscu, ponad cztery razy więcej niż Szwecja i ponad pięć razy więcej niż Niemcy lub Czechy. Wydaje się zatem groteskowym określanie „dryfem gospodarczym” tej najszybszej w Europie dynamiki wzrostu gospodarczego - jak chciałby to widzieć J. Hausner. Jest to raczej początek trzeciej fali nowoczesności, która – jeśli uda nam się to utrzymać na poziomie ostatnich, przecież na świecie kryzysowych lat - pozwoli w przyszłości zaliczać Polskę do grupy najbogatszych krajów Europejskich.
Wiele już napisano o przyczynach tej dynamiki wzrostu. Z pewnością, jedną z najważniejszych jest możliwość wydatkowania środków strukturalnych na inwestycje redukujące zapóźnienia cywilizacyjne Polski – na drogi, lotniska, szpitale i uczelnie. Pamiętając, że mamy obecnie najwyższy udział inwestycji publicznych w PKB w całej UE, i że w kryzysie odnotowaliśmy największy wzrost tych inwestycji, gdy inne kraje naszego regionu nie przekazywały rosnących środków unijnych na cele inwestycyjne w takim stopniu. I co jest najważniejsze dla wzrostu innowacyjności – znaczna część tych środków została przekazana na inwestycje w najnowocześniejsze laboratoria i centra naukowo-badawcze. W tej perspektywie finansowej tylko Ministerstwo Nauki wyda 16 mld dodatkowych złotych na programy innowacyjnej gospodarki oraz infrastruktury i środowiska. Do tego dochodzą inwestycje finansowane przez PARP oraz marszałków w regionalnych programach operacyjnych oraz Polski Wschodniej.
Wymienianie wszystkich ultranowoczesnych laboratoriów, jakie powstają niemal we wszystkich ośrodkach naukowych w Polsce zajęłoby więcej miejsca niż wszelkie raporty na temat stanu innowacyjności w Polsce... Są to niezbędne inwestycje, dzięki którym talenty i potencjał intelektualny polskich naukowców trafi na odpowiednie warunki do rozwoju i wykorzystania w pracy badawczej.
Bez tego boomu inwestycyjnego opierając się na przestarzałej aparaturze moglibyśmy co najwyżej pisać kolejne raporty o powodach niskiej innowacyjności w Polsce. A tak, otwierając kolejne nowoczesne laboratoria, dajemy naukowcom i biznesowi możliwość prowadzenia badań na najwyższym światowym poziomie, tu na miejscu, w kraju.
Porównanie przez J. Hausnera funduszy unijnych do ciepłej wody w kranie, chyba ma służyć do zmycia efektów wieloletnich zaniedbań poprzednich rządów. Fundusze unijne to przede wszystkim inwestycje, mające służyć przyszłości. Nie jest także katastrofą fakt, że najlepsze projekty badawcze mogą być wreszcie dofinansowane w należytym stopniu by ich efekty mogły się przekładać na sukcesy komercyjne.
Ulubionym porównaniem naszych komentatorów i ekspertów jest zestawienie wydatków na B+R jako procent PKB. Polska nie wypada tu najlepiej, inwestując w B+R mniej z budżetu państwa niż najlepiej rozwinięte pod tym względem kraje Europy. Jednak trzeba pamiętać o tym, że ponad 2/3 polskich wydatków to inwestycje z budżetu państwa, a to czego nam brakuje to inwestycji z sektora prywatnego a więc środków od przedsiębiorców. Oni, w swojej większości najwyraźniej uważają, że jeszcze nie nadszedł czas, kiedy bardziej opłaca się inwestować w rodzime innowacje aniżeli kupować „gotowe” zagranicą. A zasadą liberalnej gospodarki jest, że decyzje te powinny być podejmowane przez najbardziej zainteresowanych, czyli tych którzy inwestują własne pieniądze w innowacyjne produkty czy też usługi, a nie przez urzędników państwowych.
Nie jest więc w Polsce największym problemem brak środków publicznych. Pula pieniędzy przeznaczonych na badania z budżetu państwa ciągle rośnie i rosnąć będzie w najbliższych latach, a doszły do tego znaczące środki strukturalne. Pamiętajmy, że najbardziej spektakularne sukcesy innowacyjne powstawały bez żadnej pomocy z zewnątrz. Facebook powstał bez żadnego kapitału założycielskiego, a dziś przynosi 3 miliardy dolarów dochodów rocznie, komputery Apple powstawały w garażu montowane przez grupkę przyjaciół bez dolara w kieszeni ani nawet dorobku naukowego. Większym problemem jest zatem na dzień dzisiejszy budowanie kultury czegoś, co nazwałabym „kulturą innowacyjnej przedsiębiorczości”, która w większym stopniu zależy od kreatywnego i „prototypowego” myślenia przedsiębiorców i naukowców niż od dalszego wzrostu nakładów publicznych na badania i rozwój.
Mobilizacja instytutów badawczych oraz uczelni do ścisłej współpracy z biznesem były mottem ustaw reformujących naukę i szkolnictwo wyższe, jakie wdrażamy w życie w ostatnich dwóch latach. Konkursowy system udzielania grantów badawczych, a także (czego wcześniej prawie zupełnie brakowało) tworzenie przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju mechanizmów wspólnego finansowania badań przez państwo i przemysł powinny dawać coraz lepsze efekty. Przykładem tego drugiego podejścia jest tzw. „platforma lotnicza”.
Przysłowiowym strzałem w dziesiątkę okazuje się finansowany z UE program Top 500 Innovators. Pierwsza grupa 40 młodych pracowników naukowych odbyła już staż w Stanford University, kolejnych 120 osób wyjedzie w tym roku. Warsztaty, w których uczestniczyli wyzwoliły w tych ludziach kulturę innowacyjnej przedsiębiorczości. Poświęcone one były m.in. myśleniu projektowemu, kulturze prototypowania, wprowadzaniu innowacji w organizacjach, ewaluacji technologii, własności intelektualnej, pozyskiwaniu finansowania zewnętrznego i komercjalizacji wyników badań. Uczestnicy programu odbyli też spotkania z inwestorami „venture capital”. Jeżeli ktoś miał, tak jak ja, przyjemność rozmowy z tymi młodymi ludźmi po ich powrocie ze Stanów, ten dostrzegł, że są oni przekonani, iż w Polsce też mogą osiągnąć niemal wszystko... To oni będą pierwszymi w Polsce menadżerami innowacyjności. Ważne jest więc, że polskie uczelnie zaczęły też już tworzyć u siebie tego typu specjalności i kierunki studiów, które rozwijają innowacyjność i przedsiębiorczość.
Nauka polska, której system został unowocześniony dzięki reformie 2010 i 2011 roku, i która została wzmocniona finansowaniem z budżetu i środków unijnych, gotowa jest w coraz większym stopniu angażować się w rozwój gospodarczy kraju. Jednak jak głosi podstawowa prawda: wzrost podaży nie wystarczy, musi rosnąć popyt czyli zapotrzebowanie biznesu na wyniki badań.
Nauka polska, której system został unowocześniony dzięki reformie 2010 i 2011 roku, i która została wzmocniona finansowaniem z budżetu i środków unijnych, gotowa jest w coraz większym stopniu angażować się w rozwój gospodarczy kraju. Jednak jak głosi podstawowa prawda: wzrost podaży nie wystarczy, musi rosnąć popyt czyli zapotrzebowanie biznesu na wyniki badań.
W tym celu rząd planuje założenie Polskiego Funduszu Innowacyjności na rzecz badań i rozwoju w przedsiębiorstwach. Skierowany on będzie do innowacyjnych mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw. Specjalny program będzie wspierać uczelnie wyższe w tworzeniu i rozwoju już istniejących Akademickich Inkubatorów Innowacyjnej Przedsiębiorczości.
Pracujemy też nad inteligentnym dostosowaniem systemu podatkowego likwidującym bariery rozwoju innowacyjności w Polsce, m.in. nad odłożeniem naliczania podatku VAT od praw autorskich do własności intelektualnej wniesionych przez naukowców jako aport do zakładanych spółek aż do momentu uzyskania przychodów ze sprzedaży. Rozważamy też poważnie możliwość dobrowolnego przekazywania 1% podatku z CIT na rzecz jednostek naukowych przez współpracujących z nimi przedsiębiorców.
Zamiast mówić o podróży, lepiej się w nią wybrać... Budowanie innowacyjnej gospodarki należy rozpocząć od myślenia, jak usprawnić działanie mojej firmy, jak stworzyć produkt, którego nikt inny nie oferuje, jak nie bać się ryzyka, jak przekonać inwestorów do moich rozwiązań?
Tworzenie innowacyjnej gospodarki zależy przede wszystkim od chęci i działań samych przedsiębiorców. Pomysły, aby państwo kreowało innowacyjne rozwiązania w przemyśle, były znane 25 lat temu, ale nie były udane. Dziś nagrodą za innowacyjność jest sukces rynkowy i wzrost zysków funkcjonującego przedsiębiorstwa. Kultura innowacyjnej przedsiębiorczości jest najlepszą szansą zbudowania kraju o solidnej innowacyjnej gospodarce. Panie Profesorze, zapraszamy do podróży.
prof.Barbara Kudrycka
*tekst ukazał się również wraz ze zmianami redakcyjnymi w DGP


