Codziennie rano wyglądam przez okno i szukam… Kiedy wychodzę z domu, rozglądam się bardzo uważnie… Szukam opisywanego przez „niezależnych” publicystów kraju w ruinie, rozciągających się po horyzont dymiących zgliszcz kondominium. Nie znajduję.
REKLAMA
Z mojego okna widać ładne, zadbane podwórko, latem zielone, w zimie starannie odśnieżone. Widać trzy sąsiednie kamienice – niewysokie, z kolorowymi balkonami i dachami. Ulica jest spokojna, oddalona od zgiełku, choć podróż metrem do centrum zajmuje 15 minut. Tak, wiem, to nowa dzielnica, uznawana za dostatnią. Wiem, że jest wiele dzielnic, które nie są tak ładne i spokojne. Ale tutaj, u nas, jeszcze nie jest tak źle. Chociaż ludzie, którzy tu mieszkają, są zabiegani i zapracowani. Coraz bardziej.
Bo przecież nie jest idealnie. Nam, mieszkańcom ładnej dzielnicy, też czasami brakuje do pierwszego. Też mamy swoje strachy, swoje smutki i obawy. Znamy znaczenie słowa „recesja”, wiemy nawet, co znaczy słowo „kryzys”. Jeszcze ratujemy się drobnymi, codziennymi przyjemnościami, jeszcze możemy sobie pozwolić na małe radości. I choć dość często uśmiechamy się do siebie, to w krótkie rozmówki na parkingu czy przy windzie wkradają się posępne tematy. Pewnie sobie jakoś poradzimy, pewnie gorsze czasy w końcu miną. Żyjemy tak, jak żyjemy, zgodnie uważając, że dość normalnie. Staramy się, jak możemy, bo dzieci w szkole, bo czynsze, kredyty, droga benzyna. Zwykły standard zwykłych ludzi.
Tak, wiem, nie pochłaniają nas sprawy wielkie. Nie czujemy się stłamszeni przez nieludzki reżim, nie myślimy o tym, że nasze dzieci będą niewolnikami Niemców albo Rosjan, albo jednych i drugich. Ale też nie chcemy nikogo rozstrzeliwać ani zamykać. Niech sobie gadają, mówimy, my mamy swoje życie i swoje sprawy. Wiemy, że nasza ładna dzielnica to taka mała ojczyzna, i że bez setek czy tysięcy tych małych nie byłoby tej dużej. Nie krzyczymy „Tu jest Polska”, nie chodzimy na marsze za czymś czy przeciw czemuś. Jesteśmy u siebie, i choć nie wszystko nam się podoba, nie mamy ochoty na rewolucję.
Jednego tylko nie możemy zrozumieć – dlaczego z takim uporem wyzywa się nas od zaślepionych lemingów otumanionych reżimową propagandą. Dlaczego, mimo że ciężko pracujemy, uważa się nas za obywateli drugiej kategorii. Nie rozumiemy, za co się nas tak bardzo nienawidzi. Przecież jesteśmy zwyczajnymi, normalnymi ludźmi, co z tego, że zajętymi swoimi sprawami. Mamy oczy, uszy i mózgi, myślimy, czujemy, wiemy, co nas denerwuje, co nam się nie podoba, a co uważamy za słuszne. Wiemy jeszcze jedno – na całym świecie są setki milionów takich jak my, normalnych, spokojnych ludzi pragnących w miarę dobrego życia. I to my jesteśmy siłą napędową powolutku, od dołu, od naszej ładnej dzielnicy budującą dobrobyt i potęgę niejednego kraju. W naszej codziennej krzątaninie nie ma niczego złego, przeciwnie, to oznaka czegoś bardzo ważnego. Bo wbrew temu, co próbuje nam zarzucić „niezależna” propaganda, my też jesteśmy prawdziwymi patriotami. To my, naszym uporem i wytrwałością budujemy społeczeństwo obywatelskie. Tak, my, lemingi.
Lubię ten widok z mojego okna. Nie chcę, żeby się zmieniał.
Bo przecież nie jest idealnie. Nam, mieszkańcom ładnej dzielnicy, też czasami brakuje do pierwszego. Też mamy swoje strachy, swoje smutki i obawy. Znamy znaczenie słowa „recesja”, wiemy nawet, co znaczy słowo „kryzys”. Jeszcze ratujemy się drobnymi, codziennymi przyjemnościami, jeszcze możemy sobie pozwolić na małe radości. I choć dość często uśmiechamy się do siebie, to w krótkie rozmówki na parkingu czy przy windzie wkradają się posępne tematy. Pewnie sobie jakoś poradzimy, pewnie gorsze czasy w końcu miną. Żyjemy tak, jak żyjemy, zgodnie uważając, że dość normalnie. Staramy się, jak możemy, bo dzieci w szkole, bo czynsze, kredyty, droga benzyna. Zwykły standard zwykłych ludzi.
Tak, wiem, nie pochłaniają nas sprawy wielkie. Nie czujemy się stłamszeni przez nieludzki reżim, nie myślimy o tym, że nasze dzieci będą niewolnikami Niemców albo Rosjan, albo jednych i drugich. Ale też nie chcemy nikogo rozstrzeliwać ani zamykać. Niech sobie gadają, mówimy, my mamy swoje życie i swoje sprawy. Wiemy, że nasza ładna dzielnica to taka mała ojczyzna, i że bez setek czy tysięcy tych małych nie byłoby tej dużej. Nie krzyczymy „Tu jest Polska”, nie chodzimy na marsze za czymś czy przeciw czemuś. Jesteśmy u siebie, i choć nie wszystko nam się podoba, nie mamy ochoty na rewolucję.
Jednego tylko nie możemy zrozumieć – dlaczego z takim uporem wyzywa się nas od zaślepionych lemingów otumanionych reżimową propagandą. Dlaczego, mimo że ciężko pracujemy, uważa się nas za obywateli drugiej kategorii. Nie rozumiemy, za co się nas tak bardzo nienawidzi. Przecież jesteśmy zwyczajnymi, normalnymi ludźmi, co z tego, że zajętymi swoimi sprawami. Mamy oczy, uszy i mózgi, myślimy, czujemy, wiemy, co nas denerwuje, co nam się nie podoba, a co uważamy za słuszne. Wiemy jeszcze jedno – na całym świecie są setki milionów takich jak my, normalnych, spokojnych ludzi pragnących w miarę dobrego życia. I to my jesteśmy siłą napędową powolutku, od dołu, od naszej ładnej dzielnicy budującą dobrobyt i potęgę niejednego kraju. W naszej codziennej krzątaninie nie ma niczego złego, przeciwnie, to oznaka czegoś bardzo ważnego. Bo wbrew temu, co próbuje nam zarzucić „niezależna” propaganda, my też jesteśmy prawdziwymi patriotami. To my, naszym uporem i wytrwałością budujemy społeczeństwo obywatelskie. Tak, my, lemingi.
Lubię ten widok z mojego okna. Nie chcę, żeby się zmieniał.
