Tak, to prawda, zaczęliśmy zastępować pewne słowa innymi, kompletnie zmieniając ich wartość i znaczenie. Nie ma już "sporu" czy "dyskusji" - jest "walka" albo "wojna". Adwersarzowi nie mówi się już "mylisz się", tylko "jesteś zdrajcą". Zresztą "adwersarzy" też już nie ma, są "wrogowie". My, dziennikarze, za ten stan rzeczy winimy polityków, ale sami te zastępcze słówka łykamy niczym młody pelikan.
REKLAMA
Tymczasem, co naturalne, nasi odbiorcy - czytelnicy, widzowie, słuchacze - zaczynają mieć pretensje do nas. Podchwytujecie każdą bzdurę, rzucacie się na każdą głupotę - mówią. Nabijacie sobie oglądalność, klikalność czy co tam jeszcze, ale nic poza tym. Zacznijcie mówić i pisać o tym, o czym naprawdę warto.
Czy aby na pewno? Przywołam jeszcze raz przykład wypowiedzi reżysera Brauna, tej o rozstrzeliwaniu. Niby padła w obecności kilkudziesięciu osób, niby była tak piramidalnie kretyńska, że może istotnie nie warto było jej upubliczniać i wyciągać na pierwsze strony.
Ale gdyby tak się nie stało, reżyser Braun mógłby ją przy różnych okazjach powtarzać do znudzenia. Tu nagrodziłoby go brawami 20 osób, tam 50, gdzie indziej może 100. Może znalazłby naśladowców, a może wreszcie ktoś postanowiłby przestać gadać, a zacząć działać. Kiedy jednak podniósł się raban, do wielu ludzi trafiło sedno tego przekazu - że takie bezmyślne gadanie nie jest tak nic nie znaczące, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Ujawniono przekroczenie pewnej granicy. I dobrze, że na etapie słów.
Przyszedł jednak, moim zdaniem, moment w którym powinniśmy trochę delikatniej dobierać słowa. I w dobrej, i w złej wierze. Bo wtedy okaże się, kto tak naprawdę jest dziennikarzem, a kto tylko propagandystą. Kto będzie mógł zająć się opisywaniem spraw ważnych i sensownych, a kto pozostanie w zaklętym kręgu słów zastępczych.
Taki wewnętrzny, środowiskowy egzamin. Nawet, jeśli to tylko kartkówka z podstaw zawodu.
Czy aby na pewno? Przywołam jeszcze raz przykład wypowiedzi reżysera Brauna, tej o rozstrzeliwaniu. Niby padła w obecności kilkudziesięciu osób, niby była tak piramidalnie kretyńska, że może istotnie nie warto było jej upubliczniać i wyciągać na pierwsze strony.
Ale gdyby tak się nie stało, reżyser Braun mógłby ją przy różnych okazjach powtarzać do znudzenia. Tu nagrodziłoby go brawami 20 osób, tam 50, gdzie indziej może 100. Może znalazłby naśladowców, a może wreszcie ktoś postanowiłby przestać gadać, a zacząć działać. Kiedy jednak podniósł się raban, do wielu ludzi trafiło sedno tego przekazu - że takie bezmyślne gadanie nie jest tak nic nie znaczące, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Ujawniono przekroczenie pewnej granicy. I dobrze, że na etapie słów.
Przyszedł jednak, moim zdaniem, moment w którym powinniśmy trochę delikatniej dobierać słowa. I w dobrej, i w złej wierze. Bo wtedy okaże się, kto tak naprawdę jest dziennikarzem, a kto tylko propagandystą. Kto będzie mógł zająć się opisywaniem spraw ważnych i sensownych, a kto pozostanie w zaklętym kręgu słów zastępczych.
Taki wewnętrzny, środowiskowy egzamin. Nawet, jeśli to tylko kartkówka z podstaw zawodu.
