
"The Cabin in the Woods"/ "Dom w głębi lasu", reż. Drew Goddard, obsada: Kristen Connolly, Chris Hemsworth, Anna Hutchinson, Fran Kranz, czas: 86 minut
REKLAMA
W przypadku "Domu w głębi lasu" Drewa Goddarda miłośników horroru łączy swoista zmowa milczenia. Recenzenci, którzy zbytnio rozpisują się odnośnie niespodzianek fabuły (czyli fachowo mówiąc spojlerują) nie są zbyt mile widziani. Jako wielbiciel kina grozy, który od lat recenzował filmy gatunkowe na portalu Danse Macabre postaram się co nieco film przybliżyć bez ujawniania szeregu porywających zwrotów akcji, by nie psuć innym przyjemności z oglądania. Czy i na ile mi się to uda? Ocenicie sami.
Piątka przyjaciół z college'u udaje się vanem do domku w lesie na przesycony piciem, seksem i dobrą zabawą weekend. W skład uroczego kwintetu wchodzą: przystojny samiec alfa z nadmiarem testosteronu, Curt (Chris Hemsworth), chętna do miłosnych igraszek dziewczyna Curta, Jules (Anne Hutchinson), dziewicza (?) kumpela Jules, Dana (Kristen Connolly), nieco nieśmiały przyjaciel Curta imieniem Holden (Jesse Williams) oraz wiecznie zjarany zielskiem miłośnik teorii spiskowych, Marty (Fran Kranz). W drodze na miejsce wypada zatrzymać się na zdewastowanej stacji benzynowej, by pobrać paliwo. Brudny i nieokrzesany właściciel uroczego przybytku niczym Szalony Ralph z "Piątku trzynastego" ostrzega młodzież przed dalszym zagłębianiem się w las plując przy tym tabaką. Czy posłuchają? Pewnie, że nie. Jadą dalej. Wprost w objęcia czyhającej w lesie śmierci.
Wystarczyło spojrzeć przed polską premierą kinową na trailer i stwierdzić, że to będzie kolejna miałka kopia kultowego horroru gore Sama Raimiego "The Evil Dead" (1982). Nic bardziej mylnego i zaraz wyjaśnię dlaczego. Pierwotnie "Dom w głębi lasu" miał trafić do kin już w 2010 roku, ale po bankructwie wytwórni MGM dostał się pod opiekuńcze skrzydła Lions Gate. Reżyser Drew Goddard oraz scenarzysta Joss Whedon postanowili w inteligentny sposób zabawić się konwencją z entuzjazmem nurzając się w rzece gatunkowych klisz, przekształcając je w zaskakujący sposób i uwydatniając relację pomiędzy widzem, a reżyserem kina grozy. Na wskroś stereotypowe postaci piątki nastolatków stają się bezwolnymi marionetkami w pewnym z góry zaplanowanym i utajnionym teatrzyku okrucieństwa. Weekend w leśnej chatce zamienia się w krwawą łaźnię, bo po prostu tak musi być. W celu zaspokojenia pragnień, marzeń i gustów spragnionej makabry widowni materiał zostanie poddany manipulacji, aby stać się przyjaznym dla wielbicieli gatunkowych klisz. Sklasyfikowanie postaci do stereotypu ofiar krwiożerczego zła z leśnych ostępów staje się zaczynem do buntu pozostałych przy życiu protagonistów. W "Domu w głębi lasu" schemat goni schemat, ale do czasu, gdy można go z łobuzerskim uśmiechem wywrócić do góry nogami. I nawet już do końca nie jestem pewien, czy piątka bohaterów rzeczywiście jest aż tak horrendalnie stereotypowa (początek filmu jest nader przewrotny) - czy może stali się oni ofiarami zamierzonej stereotypizacji na potrzeby filmowej machiny grozy i twórczej kontroli. I nas. Kinomanów.
"Martwe zło", "Martwe zło II", "Hellraiser", "Piątek trzynastego", "Nieznajomi", "Krąg" i bladolice zjawy J-Horroru, Necronomicon, Lovecraft i Wielcy Przedwieczni itd. Aluzji gatunkowych widz zaznajomiony nawet pobieżnie z kinem grozy odnajdzie w "Cabin in the Woods" od groma. Film jest świetnie wyreżyserowany i dobrze zagrany, akcja, gdy przyśpiesza to mknie na złamanie karku, a ostatnie 20 minut nurza się we krwi, wszelkiej maści monstrach i obłędzie. Przepis na upichcenie świeżego i ekscytującego horroru jest zatem następujący: wziąć multum ogranych schematów i klisz, wrzucić je do jednego tygla, gorliwie wymieszać i smaczna potrawa w postaci "Domu w głębi lasu" gotowa. Smaczna, acz niekoniecznie przerażająca. Nawiązując do Siskela i Eberta dwa kciuki w górę.
