
Wczoraj wieczorem spragnieni muzyki post-rockowej fani zgromadzili się w poznańskim klubie Blue Note, by zobaczyć na żywo występ jednego z czołowych reprezentantów sceny eksperymentalnego rocka - japońskiego Mono.
REKLAMA
Japończycy zaczęli grać punktualnie skupiając się w dużej mierze na prezentacji utworów z najnowszego albumu "For My Parents" (2012). Nie było żadnego werbalnego kontaktu ze stojącą i siedzącą widownią, liczyła się jedynie muzyka, ekspresja sceniczna, wachlarz emocji. Koncert trwał 90 minut bez praktycznie żadnych przerw i bez bisu. Hipnotyzował i przytłaczał potężnym brzmieniem. Chwilami odczuwałem dreszcze na ciele obcując z konglomeratem melancholii i hałasu serwowanym przez Mono. Miałem okazję widzieć ten band już wcześniej, gdy w grudniu 2006 roku zagrali w Eskulapie promując udany krążek "You Are There" (2006). Można powiedzieć, iż od tej pory fascynująca muzyka tokijskiego kwintetu wryła mi się w pamięć i zaczęła co jakiś czas o sobie przypominać domagając się uważnego słuchania...
Cały zespół ubrany był na czarno, co zapewne miało sugerować monochromatyczność ich twórczości, zmianę znaczenia słowa (dźwięku, muzyki) po dodaniu przedrostka pochodzenia łacińskiego 'mono'. Główny gitarzysta, Takaakira Goto, popisywał się grając na kolanach, odwracając gitarę do sceny, grając na niej do góry nogami, uderzając w struny z niemal teatralnym, wystylizowanym zacięciem. Basistka/klawiszowiec, Tamaki Kunishi, jako jedyna grała przez dłuższą część koncertu w pozycji stojącej kołysząc się na boki w transie i dotrzymując tempa perkusiście w koszulce z napisem "Destroy", Yasunori Takada. Odziany w głęboką czerń gitarzysta rytmiczny, Hideki Suematsu, współtworzył tę hipnotyzującą symfonię subtelności i szaleństwa.
Muzyka Mono wymaga specyficznego nastroju do słuchania. W twórczości Japończyków zachwyca mnie przede wszystkim precyzyjna umiejętność manipulacji nastrojem: potężne post-rockowe punkty kulminacyjne i orkiestracje, zachwycająca dynamika pomiędzy spokojnymi, melancholijnymi, ambientowymi pasażami i potwornie ciężkimi, masywnymi falami gitar, które zdają się niemal osaczać, wbijać w podłogę słuchaczy. I pomimo, że recenzje ostatniego albumu Mono "For My Parents" dalekie są od przesadnej egzaltacji koncertowo zespół wypadł niezwykle energetycznie i mocno. Mono, obok Anoice, pozostanie w moim prywatnym rankingu w czołówce japońskiej sceny post-rockowej.
Mój ulubiony kawałek z ostatniej płyty Mono poniżej:
Będzie... hmm... nostalgicznie.
