
4 kwietnia 2013 roku w warszawskiej Progresji miał miejsce wyjątkowy koncert: akustyczny wieczór z holenderską wokalistką Anneke van Giersbergen (ex-The Gathering), islandzkim Arstidir i szwedzką legendą progresywnego metalu/rocka Pain of Salvation. Zwłaszcza ten ostatni zespół ma w Polsce grono oddanych zwolenników. Jeśli o mnie chodzi to znam twórczość PoS nader wybiórczo, zatem postaram się spojrzeć na całość koncertu obiektywnie.
REKLAMA
Scena Progresji była ucharakteryzowana lekko w stylu vintage: czerwone sofy i fotele, lampy z abażurem, plakat Jimmiego Hendrixa dumnie wiszący na ścianie. Ciepły interior pozwalający artystom na niezwykle intymny kontakt ze zgromadzoną widownią.
Anneke van Giersbergen
Holenderska wokalistka Anneke van Giersbergen przez wiele lat była siłą napędową zespołu The Gathering nagrywając z nim tak wspaniałe i pamiętne albumy jak "Mandylion" (1995), "Nightime Birds" (1997) czy "How to Measure a Planet?" (1998). Za sprawą tego ostatniego wydawnictwa muzyka The Gathering zaczęła ewoluować - atmosferyczny doom metal zastąpiły delikatne i melodyjne dźwięki zahaczające o shoegaze i progresywny rock lat 70-tych, pełne elektronicznych niuansów, eksperymentalne w zakresie użytego instrumentarium i formy, ciepłe, organiczne, acz wciąż melancholijne. Anneke rozstała się z The Gathering w 2007 roku po nagraniu z zespołem ostatniego szóstego albumu studyjnego "Home", założyła własny zespół Agua de Annique, koncertowała z Dannym Cavanaghem (Anathema), udzielała się wokalnie na płytach tak zróżnicowanych stylistycznie zespołów jak Napalm Death, Novembers Doom, Moonspell, Devin Townsend czy Within Temptation. W 2012 roku roku nagrała album sygnowany własnym imieniem i nazwiskiem "Everything Is Changing".
Kiedy Anneke van Giersbergen wchodzi na scenę i zaczyna śpiewać atmosfera zagęszcza się od emocji, robi się niesamowicie intymnie, jej delikatny głos porusza do głębi, wywołuje dreszcze. Anneke zagrała kilka utworów z jej solowych dokonań, wróciła do piosenek The Gathering, wzorowo wykonała covery. Uśmiech nie schodził jej z twarzy, jego blask rozjaśniał wnętrze Progresji nie bardziej niż sceniczne oświetlenie. W przerwach między utworami ex-wokalistka The Gathering żartowała z publicznością. Zapadły mi w pamięć zwłaszcza przepięknie wykonane "My Electricity", cover Cindy Lauper "Time After Time", "Circles" z "Everything Is Changing" (2012) oraz genialna synergia emocji przy wykonaniu coveru Anathemy "Everwake" wraz z Islandczykami z Arstidir.
Arstidir
Islandzki sekstet Arstidir poznałem przypadkiem penetrując świat islandzkiej muzyki, której jestem wielkim fanem (Sigur Ros, Solstafir, black metalowe Dynfari i Svartidaudi, etc.) Ziemia Lodu i Ognia fascynuje mnie od dawna, nie tylko ze względu na jej budowę geologiczną, izolację i niewielką liczbę populacji oraz nieskażoną piętnem ludzkim dzikość przyrody. Zafascynował mnie niezwykle nastrojowy i niepokojący videoklip Arstidir do utworu "Shades" z drugiego albumu "Svefns og vöku skil" (2011). Było w nim coś przyciągającego, enigmatyczna wyprawa do świata marzeń i grozy. W dodatku chciałem usłyszeć język islandzki na żywo, gdyż próbuję się go choć w niewielkim stopniu nauczyć...
Arstidir w Progresji zagrali magicznie. Ich eksperymentalna twórczość będąca swoistym konglomeratem rocka progresywnego, muzyki klasycznej i islandzkiego folka zawładnęła sercami zgromadzonych widzów. Bogate i niezwykle ciepłe harmonie wokalne, refleksyjnie brzmiący język islandzki oraz precyzyjne aranżacje poszczególnych utworów zagranych za pomocą bogatego instrumentarium (skrzypce, wiolonczela, gitara akustyczna i barytonowa, smyczki i fortepian). "Shades" wybrzmiało mocno i z pazurem. Szkoda tylko, że w trakcie występu Islandczyków dało się słyszeć głośne rozmowy dochodzące z tyłu Progresji. W każdym bądź razie będę śledził twórczość sześciu chłopaków z Reykjaviku na bieżąco.
Pain of Salvation
Muzyka szwedzkiego Pain of Salvation niemal od początku swego istnienia stara się wymknąć wszelkim klasyfikacjom. Zespół kierowany od wielu lat przez wokalistę Daniela Gildenlowa wciąż poszukuję nowych brzmień, przepoczwarza się ewoluując z płyty na płytę - zarówno w zakresie wpływów brzmieniowych, jak i konceptualnym. Dowodzi tego chociażby ostatni jak dotąd album Pain of Salvation "Road Salt Two" (2011) - old-school blues rockowy z wpływami muzyki folkowej i gospel. Zresztą w muzyce Pain of Salvation (którą w gruncie rzeczy dopiero zaczynam lepiej poznawać) przeplatają się rozmaite style, a niektóre utwory (takie jak np. "Sleeping Under the Stars" z "Road Salt One" zaskakują eklektyzmem aranżacji). Dla metamorfozującej twórczości Pain of Salvation nie ma granic, mogą istnieć tylko opory.
Wokalista Pain of Salvation zaprezentował na scenie Progresji niezwykle szeroką gamę możliwości wokalnych: partie mówione, piskliwe krzyki, płaczliwy śpiew, po prostu zdumiewająca ekwilibrystyka wokalna. Zespół brzmiał perfekcyjnie, czuć było radość grania; Daniel Gildenlow tryskał humorem, przekomarzał się z publicznością, zwracał się do niej, pytał np. czy na scenie znajdują się jacyś 80-letni fani PoS (5 czerwca stuknie mu czterdziestka). Zachwyciło mnie wykonanie bodaj najbardziej znanego utworu Pain of Salvation "Ashes", świetnie wypadły covery Lou Reeda, Kansas i Dio ("Perfect Day", "Dust in the Wind" oraz "Holy Diver"), a przy "Disco Queen" przeniosłem się w czasy neonowej gorączki sobotniej nocy. Fenomenalny koncert, zagrany z werwą, pasją, zadziorem eksperymentowania, zacięciem eksploracji. Pain of Salvation zyskał tym samym nowego fana - czekam na kolejne koncerty Szwedów w Polsce.
Set-lista Pain of Salvation dla ciekawskich i niewtajemniczonych:
