Olafur Arnalds
Olafur Arnalds Internet

Ekspansja islandzkiej muzyki trwa w najlepsze - w czerwcu w Warszawie zagrają Sigur Rós, w lipcu we Wrocławiu pojawi się Arstidir (Árstíðir), a w październiku w Poznaniu wystąpi Múm. W lipcu na Audioriver 2013 w Płocku wpadnie także formacja Gus Gus. Aby zasmakować nieco islandzkiej muzyki udałem się 27 maja do poznańskiego Eskulapu, w którym owego dnia wystąpił Ólafur Arnalds wraz z zespołem.

REKLAMA
Na miejscu elegancko rozstawione w kilkanaście rzędów krzesełka (okazały się nieco niewygodne), co miało podkreślać swoistą kameralność, intymność koncertu. Frekwencja duża, sprzedały się praktycznie wszystkie bilety, choć kilka krzeseł w ostatnich rzędach było wolnych. Niewielkie stoisko z merchem, na którym można było kupić ostatnie płyty Ólafura Arnaldsa, zarówno w wersji winylowej i CD, w tym ostatnią "For Now I Am Winter" (2012), którą islandzki artysta promował w trakcie obecnego tour.
Koncert rozpoczął się punktualnie. Lecz zanim na scenę wyszedł Ólafur wraz z muzykami za pianinem zasiadł pochodzący z Londynu Douglas Dare. Zagrał na pianinie i zaśpiewał w sposób niezwykle ekspresyjny i emocjonalny kilka autorskich kompozycji m.in. "Caroline", "Flames" oraz "Scars". O tym, że ten ujmujący swą skromnością chłopak ma talent można przekonać się tutaj:
Pół godzinki występu Douglasa minęło jak biczem strzelił, po czym na krótko przed 21 na scenę wkroczył Ólafur Arnalds - najpierw sam zasiadł do pianina, po krótkiej chwili dołączył do niego zespół. Parę słów o tym islandzkim artyście. Zaczynał jako perkusista w kapelach hardcorowo-metalowych, ale z racji zainteresowań muzycznych ciągnęło go w stronę muzyki klasycznej i soundtracków filmowych. Związał się z Erased Tapes, koncertował wraz z Sigur Rós, a w listopadzie 2012 roku wylądował w Mercury Classics wytwórni Universal, po czym w lutym 2013 roku miała miejsce premiera jego czwartej płyty "For Now I Am Winter", z której w Poznaniu zagrał kilka kompozycji.
Rdzeń muzyki Ólafura Arnaldsa doskonale wyeksponowany na żywo w Poznaniu pozostaje niezmienny - romantyczne i melancholijne partie skrzypcowe stapiające się z delikatnymi interwałami pianina, do tego delikatna poświata elektronicznych beatów. Wszystko w duchu neo-klasycznego minimalizmu, urzekającej prostoty - szczególnie odczuwanej w trakcie odsłuchu przestrzennych kompozycji na pianino. Dużo w muzyce Islandczyka piękna, zniewalającej melancholii; widownia zgromadzona na sali słucha koncertu w całkowitym skupieniu pozwalając sobie na żywiołowy aplauz jedynie w trakcie przerw między utworami. Z wielkim zachwytem wysłuchuję fantastycznych "Only the Winds" i "This Place Was A Shelter" z najnowszej płyty. Ólafur łapie doskonały kontakt z publicznością, przekomarza się z nią, próbuje mówić po polsku. Opowiada historię utworu "Poland", który powstał pod wpływem wypitej w tour-autobusie wódki w trakcie podróży przez Polskę. Kończy opowieść stwierdzeniem, że nie tylko ból rozstania skłania artystów do tworzenia smutnych kompozycji, kac również. Zagrany zostaje najsłynniejszy utwór Ólafura, czyli "Ljósið" (2009) - pierwotnie skomponowany dla reklamy prysznica. Muzyk często zagląda na Youtube i czyta komentarze odnośnie tego akurat utworu nie mogąc się nadziwić, że ludzie doszukują się w nim nawiązań do islandzkiej natury, wulkanów, itd. Bisuje spokojną i smutną kompozycją na pianino "Song for Grandma" z płyty "Living Room Songs" (2011), poświęconą nieżyjącej babci. Koncert (łącznie z bisem) trwa nieco ponad 90-minut. Po wyjściu z klubu mam wrażenie, że muzyka potrafi poruszyć głębiej niż jakiekolwiek słowa...

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?