
W dniach od 2 do 9 sierpnia 2013 roku w Poznaniu trwa kolejna już edycja festiwalu filmowego Transatlantyk, której głównym gościem specjalnym będzie charyzmatyczna Yoko Ono. W ubiegłorocznym rejsie transatlantyckim miałem sposobność uczestniczyć dzień po dniu, tym razem moje obowiązki pracownicze spowodowały, że opisów obejrzanych filmów będzie niestety mniej. Oto pierwsze z nich:
REKLAMA
"GMO OMG" (2013), reżyseria Jeremy Seifert, obsada: Dennis Kucinich
Interesujący i przyjemny w odbiorze dokument familijny o GMO (genetycznie zmodyfikowanych organizmach), odnoszący się do sytuacji w USA, gdzie każdy Amerykanin styka się z żywnością GMO (ale tak naprawdę niewiele osób zna znaczenie tego terminu). W skrócie można powiedzieć, że GMO to organizm, który zawiera w swoim genomie obce geny pochodzące od innego organizmu. Mamy więc obcy organizm, z którego izoluje się i namnaża obcy gen oraz organizm modyfikowany, do którego przy pomocy różnych metod wszczepia się ów obcy gen (tzw. transgen). W przypadku upraw roślin genetyczna modyfikacja ma na celu przede wszystkim nadanie odporności na herbicydy, uodpornienie na szkodniki, wirusy i grzyby czy czynniki środowiskowe (mróz, zasolenie gleby). Po insercji obcego genu roślina może wytrzymać działanie środków chemicznych takich jak Roundup.
W "GMO OMG" ojciec trójki dzieci Dennis Kucinich ma obsesję na punkcie genetycznie modyfikowanej żywności i stara się wpoić wiedzę na temat GMO swoim dzieciom. Równocześnie próbuje się skontaktować z przedstawicielami wiodących koncernów biotechnologicznych takich jak np. Monsanto, by zadać im jedno pytanie: "Czy genetycznie modyfikowana żywność jest zdrowa?". Z ich strony natyka się na mur milczenia, więcej mówią farmerzy, naukowcy, przedstawiciele lokalnych władz. Pojawia się wiele interesujących danych statystycznych np. 165 milionów akrów ziemi w USA to uprawy genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy, soi, bawełny, itd. W Stanach Zjednoczonych żywność zawierająca składniki GMO nie jest oznakowana, co oznacza dla jej konsumentów brak możliwości wyboru. W dodatku wszelkie inicjatywy prawodawcze mające na celu wprowadzenie takich oznaczeń są torpedowane przez korporacje biotechnologiczne, które same (przy pomocy opłaconych przez siebie naukowców) przeprowadzają krótkoterminowe badania nad wpływem GMO na ludzkie zdrowie. Inni naukowcy spoza korporacji nie mają do tych badań i ich wyników dostępu, podobnie opinia publiczna. Trzy korporacje (Monsanto, Dupont i Syngenta) kontrolują 53 procent rynku nasion w USA, a na wyprodukowane przez nie pestycydy/herbicydy szkodniki (owady, chwasty) uodparniają się. W teorii technologia GMO ma na celu odżywić wciąż rosnącą ziemską populację (chwytliwy jest zwłaszcza slogan o 'miliardzie głodujących na Ziemi'), lecz podobne skutki (w zakresie długoterminowym) ma uprawa nasion organicznych. Wraz z GMO zanika bioróżnorodność nasion zastępowana przez monokulturę upraw.
Wciąż poszukujący odpowiedzi na dręczące go pytania Dennis Kucinich odwiedza m.in zdewastowane trzęsieniem ziemi Haiti. Mieszkańcy najuboższego kraju zachodniej hemisfery zdecydowali się spalić ofiarowane im przez Monsanto nasiona w proteście przeciwko patentowaniu natury i uzależnianiu się od korporacji. Dennis trafia również na norweski Svalbard do Globalnego Banku Nasion, pilnie strzeżonej placówki, w której gromadzone są tysiące nasion ze wszystkich krajów świata. W Paryżu rozmawia z biologiem molekularnym G.E Seralinim z Uniwersytetu w Caen, którego badania dowiodły, że wśród szczurów karmionych przez 2 lata genetycznie modyfikowaną kukurydzą występowała częstsza zachorowalność na nowotwory (głównie guz sutka) i większa śmiertelność niż wśród szczurów z grupy kontrolnej. Pomimo że praca Seraliniego została skrytykowana przez wielu naukowców niezależne badania nad skutkami zdrowotnymi konsumowania żywności GMO powinny być prowadzone dalej, a ich wyniki dostępne do wiadomości publicznej.
"Djúpið" / "Głębia" (2012), reżyseria: Baltasar Kormákur, obsada: Olafur Darri Olafson, Jóhann G. Jóhannsson, Þorbjörg Helga Þorgilsdóttir, Theodór Júlíusson
Niesamowita historia miała miejsce 29 lat temu 11 marca 1984 roku. Około godziny 11 w nocy 5 km na wschód od Stórhöfði na Heimaey (największej wyspie archipelagu Vestmann) wywrócił się do góry dnem kuter "Hellisey VE 503". Trójce marynarzy z pięcioosobowej załogi udało się wspiąć na kil zatopionego kutra, który po 45 minutach pochłonęły fale. Temperatura powietrza wynosiła -2 stopnie Celsjusza, morza 5 stopni Celsjusza. Z trójki ocalałych marynarzy przetrwał jedynie 22-letni sternik Guðlaugur Friðþórsson, pozostała dwójka umarła z wyziębienia i wyczerpania. Płynął przed siebie w zimnej wodzie Północnego Atlantyku, w której jego organizm powinien wytrzymać góra pół godziny. Kiedy Guðlaugur zrozumiał, że jest sam stał się skoncentrowany na przetrwaniu. Kierował się na zachód, w kierunku świateł latarni morskiej Heimaey. Rozmawiał z towarzyszącymi mu mewami. W ciągu 6 godzin dopłynął do wyspy... ku ocaleniu.
Guðlaugur miał na sobie dżinsy, koszulkę i sweter, nie miał obuwia. W trakcie walki o przetrwanie minęła go łódź rybacka, ale nikt z pokładu nie zauważył człowieka w wodzie. Nawet gdy dotarł na brzeg wulkanicznej Heimaey musiał wrócić do wody, aby opłynąć strzelisty klif. Potem już po wejściu na ląd wędrował gołymi stopami po polu wulkanicznej lawy, co skutkowało straszliwymi okaleczeniami i utratą krwi. Rozbił dłonią zamarznięty lód w wannie z wodą przeznaczoną dla owiec, aby się napić. 12 marca o godzinie 6.55 rano dotarł w wilgotnych ciuchach do domostw Heimaey. Po przebadaniu przez lekarzy temperatury ciała Guðlaugura okazało się, że wynosiła ona minimum 34 stopnie Celsjusza. Jednak przeżył. Przeżył dzięki ogromnej odwadze i determinacji, ale też dzięki swojemu tłuszczowi, który był zbliżony do tłuszczu foki.
Fascynującą historię Gulliego opowiada islandzki dramat "Głębia" w reżyserii Baltasara Kolmakura. Są pewne drobne różnice np. trawler rybacki nazywa się "Breki". Pięknie pokazana zostaje wulkaniczna wyspa Heimaey i zamieszkująca ją mała społeczność. Gulli, gdy już prawie ma opaść w głębiny przypomina sobie moment z dzieciństwa. W 1973 roku na Heimaey doszło do malowniczej erupcji wulkanicznej. Powstał stożek Eldfell (Góra Ognia), który wygenerował olbrzymie ilości lawy i popiołu. Erupcja wulkaniczna na Heimaey doprowadziła do ewakuacji na Islandię całej społeczności wyspiarskiej. Ludzie z czasem powrócili na wyspę i wspólną pracą odbudowali miasto i oczyścili je z wulkanicznego popiołu. Dlatego też Gulli z Heimaey stał się bohaterem narodowym Islandii. "Głębia" jest filmem przejmującym. Znakomicie ukazana została złowroga czerń oceanu, mroczna tafla, która przyzywa wciąż nowe ofiary. Doskonały montaż w momencie katastrofy sprzyja wykreowaniu atmosfery zagrożenia i terroru, a sceny w których Gulli wędruje boso po ostrym jak brzytwa polu lawy wywołują autentyczne dreszcze. Świetne kino islandzkie z domieszką survivalu.
"The Kings of Summer"/ "Królowie lata" (2013), reżyseria: Jordan Vogt-Roberts, obsada: Nick Robinson, Gabriel Basso, Moises Arias, Nick Offeman, Erin Moriarty
Jak to jest być dorastającym nastolatkiem i pewnego dnia w młodzieńczym wieku uświadomić sobie, że będzie się dorosłym? Dla wielu nastolatków taka myśl staje się nieznośna, gdyż oznacza ona zanik młodzieńczej spontaniczności i pojawienie się odpowiedzialności. Joe Toy (Nick Robinson) mieszka z rozwiedzionym ojcem, Frankiem (Nick Offerman). Chłopak nie przepada za swoim rodzicem i robi wszystko, aby go wkurzyć. Najlepszy przyjaciel Joe'a, Patrick (Gabriel Basso) także ma dosyć rodziców, zwłaszcza gderliwej i nadopiekuńczej matki. Aby spełnić młodzieńczą fantazję uwolnienia się od kajdan rodzicielskiej opieki Joe i Patrick uciekają do lasu, gdzie budują drewniany dom i żyją według własnych zasad. Dołącza do nich Biaggio (Moses Arias), bardzo lojalny, ale dziwaczny, a nawet momentami przerażający przyjaciel i zarazem najbardziej humorystyczny akcent filmu. Wszystko komplikuje dziewczyna, blondwłosa Kelly (Erin Moriarty) zamieniając chłopięcy świat w buzujący od gniewu i hormonów chaos...
W "The Kings of Summer" znalazło się kilka zabawnych scen i dialogów, ale też nonsensownych pomysłów (pogrzebanie martwego węża, aby inne nie wyczuły jadu - gdzie uczą takich bzdur?) Salwy śmiechu wśród widowni wywoływało ekscentryczne zachowanie Biaggio oraz kipiące od humoru dialogi zgorzkniałego Franka. I choć "Królowie lata" zapewniły mi 90 minut godziwej i bezpretensjonalnej rozrywki porównywanie tego filmu do kultowego "Stand by Me" ("Stań przy mnie", 1986) Roba Reinera mija się z celem. To po prostu nie ta liga.
