Czy lewicowość to już tylko rzadki indywidualny stan umysłu?
REKLAMA
Jestę lewakę. Jestem, jestem. Do samego końca. Mojego. Lub… polskiej lewicy. Wyniki wyborcze i sondażowe lewicy oraz konserwatywno-narodowo-religijna ofensywa świadczą, że jestem w mniejszości. Mniejszości częściej milczącej, indywidualistycznej. Bo „na oko” mi wychodzi, że na jednego lewaka - dajmy na to - z Marszu Równości lub Manify przypada pięciu narodowców, kiboli, moherów, korwinistów. Mniejszości politycznie poprawnej, ale bez wpływu na politykę. Bo na scenie zmonopolizowanej przez prawicowy duopol skazanej na opozycyjność. Niby społeczeństwo się laicyzuje, niby mentalnie zmierzamy do Europy, niby w każdym serialu gej, a w centrum Warszawy tęcza. Wszystko to trochę „na niby”. Bardziej dla mainstreamowej (jeszcze) poprawności niż dla realnej zmiany w mentalności i polityce. Dla Gazety Wyborczej, TOK FM-u, TVN-u, Newsweeka. Bo większość Narodu przez duże „N” na Placu Zbawiciela nie pija sojowego latte, gazet nie czyta (chyba, że Fakciora lub Superaka), a w telewizji ogląda Ojca Mateusza i Ranczo. Gdybym był prawicowcem, krzyknąłbym: Tu jest Polska! Polska ludowa. Polska religijno-obrzędowa. Polska konserwatywna. Polska narodowa. Polska kibolska. Tę Polskę słychać, widać i czuć. Słychać na stadionach piłkarskich i przy weselnych stołach ochoczo zaśpiewującą kogo trzeba „j…ć”. Widać na wiecach Prezesa Kaczyńskiego i Prezesa Korwina-Mikkego (tylko tam są tłumy). Widać i słychać wszędzie tam gdzie trzeba bronić przed cywilizacją śmierci, przed zgorszeniem i zgnilizną obyczajową, przed rozpustą i seksualnym rozpasaniem. Tę Polskę czuć wreszcie w atmosferze małego miasta i wsi, gdzie wójt pod rękę z proboszczem pedała się brzydzi i krzyża w szkole „w imię źle pojętej tolerancji” zdejmować nie będzie. Jak w Wilkowyjach. Czy to znaczy, że lewica musi zejść do katakumb, lewicowość ma być elitarno-niemasowa? Lewica świetnie czuje się w roli trendsettera i modnisia. Lewica chce być elitą. Ale jest elitą samą dla siebie. Czyli bez realnej władzy, bez wpływu na szerszą publikę, a w rezultacie bez możliwości zmiany, kreowania postępu. Lewica bryluje w zamkniętych redakcjach „Krytyki politycznej”, „Liberte”, „Kultury liberalnej”, w galeriach, na uniwersyteckich salach i panelach dyskusyjnych o wolności tego i owego. Wolności, której pod dostatkiem w Konstytucji, w Warszawie, a w realiach – z góry przepraszam za to sformułowanie – zaścianka trafiającej na ograniczenia. Skoro jest „lud pisowski”, to czy jest „lud lewicowy”? Może nie. Może lewica dziś to już tylko indywidualny stan umysłu, indywidualizm nieznoszący wspólnotowych uniesień, kolektywnych wyborów. Światopogląd nie przekładający się na polityczne wybory. Co się musi stać, żeby „lewactwo” przemówiło, postawiło się, sprzeciwiło konserwatywnemu status quo, wybrało reprezentacje? ACTA, Golgota Picnic, dr Chazan. Co jeszcze?
