O autorze
Bartłomiej Ciążyński.
radca prawny, prowadzi Kancelarie Prawną we Wrocławiu. Prezes Fundacji Inicjatywa Kapitału Społecznego. Trochę publicysta ("Rzeczpospolita", "Przegląd", "Dziennik Gazeta Prawna", krytykapolityczna.pl, liberte.pl). Lewak. Leming. Słoik z Kłodzka we Wrocławiu. Przewodniczący SLD we Wrocławiu #alwaysopenminded @BartekCiazynski b.ciazynski@wp.pl

Koniec lewicy?

Lewica poniosła kolejną wyborczą porażkę. Dlaczego? Bo nikogo nie reprezentuje. Od strony społecznej nie potrafi pokazać się jako przedstawiciel najsłabszych, a od strony światopoglądowej nie daje odpowiedzi na konserwatywne wzmożenie. Za rok może zniknąć z parlamentu.


Kolejne wybory ujawniły znikome poparcie dla lewicowych partii. O ile w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego ten wynik był jeszcze dwucyfrowy (SLD-UP 9,5% + Europa Plus Twój Ruch 3,5% = 13%), to w wyborach samorządowych SLD Lewica Razem uzyska wynik jednocyfrowy, a Twój Ruch nie wystawił nawet list we wszystkich województwach. Na razie na scenę polityczną nie wkroczyła też żadna inna lewicowa formacja, która mogłaby liczyć się w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Ryszard Kalisz porzucił raczej pomysł budowy partii o samodzielnym statusie wyborczym. Zieloni wzmocnieni przystąpieniem do nich Anny Grodzkiej budują struktury i wystawili na razie samodzielne listy do rad miejskich w Warszawie i Wrocławiu, zyskując ok. 2% poparcia. Mimo dużych oczekiwań nie zaistniały na skale krajową - jak to ktoś sarkastycznie określił – ruchy „soja latte”, czyli postępowe ruchy miejskie aktywizujące miejskich społeczników, choć za sukces uważam wprowadzenie do debaty publicznej ich postulatów dotyczących m. in. zrównoważonego transportu, dostępu do usług komunalnych, „decentralizacji” metropolii. Słowem, lewica się kurczy, a wydawać się mogło, że już czas na przełamanie prawicowego, POPiSowego duopolu. W sejmikach wojewódzkich istotnego wyłomu dokonali ludowcy, choć to incydent spowodowany fartem PSL-u, którego lista była pierwszą stroną książeczki z kandydatami do sejmików i wielu ludzi wybierało spośród kandydatów tylko z pierwszej strony (skali wpływu tej okoliczności na wynik wyborów nigdy się nie dowiemy), przewagą frekwencji na wsi i małych miastach w stosunku do dużych miast oraz tradycyjnie lepszym wynikiem Polskiego Stronnictwa Ludowego w wyborach samorządowych, który nigdy nie powtarza się w wyborach parlamentarnych.


Po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych nie jest wykluczona sytuacja, w której lewica w Sejmie swojej reprezentacji mieć nie będzie. W 2011 r. Ruch Palikota i Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskały łącznie prawie 20% głosów. Brak jest na dziś dzień podstaw, żeby za rok miało być podobnie. Twój Ruch upatruje swoich szans w poprzedzających parlamentarne wyborach prezydenckich. W środę poprzedzającą wybory samorządowe Janusz Palikot ogłosił we Wrocławiu, że będzie startował w wyborach prezydenckich. Palikot liczy, że jego osobisty wynik pociągnie następnie partie w wyborach do Sejmu i uda się przekroczyć próg. Wysoka rozpoznawalność i silna osobowość przewodniczącego TR zderza się jednak z utratą wiarygodności (zbyt wiele wolt wizerunkowych i programowych) i po prostu znudzeniem wyborców Palikotem. To są straty bardzo trudne do nadrobienia, bo odzyskać wiarygodność w oczach wyborców i zainteresowanie mediów (symptomatyczne jest, że deklaracja Palikota o starcie w wyborach prezydenckich nie odbiła się szerokim echem w prasie) jest niezwykle ciężko. Sojusz Lewicy Demokratycznej wchodzi zaś w okres „burzy i naporu”. Słaby wynik wyborczy SLD Lewica Razem może otworzyć okres walki o przywództwo. Leszek Miller od razu zadeklarował, że władzy w Sojuszu nie odda, bo nie może odpowiadać za wyniki wyborów lokalnych. Argumentacja to karkołomna, bo wybory do sejmików wojewódzkich, które stanowią miarę sukcesu lub porażki w wyborach samorządowych, to elekcja w dużej mierze upartyjniona. Tutaj wyborcy głosują podobnie jak w wyborach parlamentarnych z zastrzeżeniem dotyczącym PSL-u (o czym powyżej) oraz gdzieniegdzie z dodatkiem lokalnych wojewódzkich komitetów, jak w województwach dolnośląskim (Bezpartyjni Samorządowcy), lubuskim (Lubię Lubuskie) i śląskim (RAŚ), których wyniki nie przekraczają znacząco 10%. Tak więc, gdyby dziś odbyły się wybory parlamentarne ich wynik nie różniłby się dla SLD znacząco od wyniku samorządowego (8%), co zresztą potwierdzają sondaże. Wiedzą to oponenci Millera i takiej argumentacji będą używać. Grzegorz Napieralski już stwierdził, że on za porażkę w 2011 r. odpowiedział głową, a w domyśle, że to samo powinno spotkać Millera. Dodatkowym argumentem Napieralskiego będzie relatywnie dobry wynik SLD w jego Zachodniopomorskim. Na niekorzyść byłego premiera działa również to, że Sojusz przegrał w warunkach braku konkurencji po lewej stronie, ponieważ Twój Ruch w wyborach samorządowych się nie liczył. Ponadto, w ramach koalicji Lewica Razem Sojuszowi udało się zebrać różne lewicowe środowiska (DWP, SD, wielu „palikotowców”), a dodatkowo w przedwyborczy piątek obok Millera ustawił się prezydent Kwaśniewski. Tym samym SLD wypełnił częściowo lukę po rozwiązanej koalicji Europa Plus. Stąd i oczekiwania na przyzwoity, dwucyfrowy wynik były ogromne. Przeciągające się wewnętrzne konflikty żadnej partii nie służą. SLD może zatem wejść w kluczowy 2015 rok jeszcze bardziej poobijane i wewnętrznie skonfliktowane. A już za kilka miesięcy wybory prezydenckie, do których - w przeciwieństwie do PO, PiS i TR - SLD nie wskazał jeszcze swojego kandydata.


Na lewicy dzieje się więc źle. Dlaczego? Oczywiście chodzi (też) o przywództwo. Przecież partie to ich liderzy i wyborcy głosują na partyjnych przywódców, którzy staja się emanacją całych partii. Na Kaczyńskiego, Kopacz, Korwina-Mikkego. A na lewicy, na Millera i Palikota, którzy mają problemy. Palikot ma problem z wiarygodnością i opatrzeniem się jego osoby. Zresztą dla wielu lewicowych wyborców Janusz Palikot nigdy nie był „lewicą” tylko liberałem i piątą kolumną Platformy Obywatelskiej. Miller ma problem ze swoją przeszłością. Niezależnie od talentów politycznych byłego premiera, dopóki na czele SLD będzie stała osoba powiązana z „władzą ludową”, dopóty SLD nie ucieknie od łatki postkomuny. Wiedzą o tym najlepiej młodzi działacze i kandydaci SLD, którzy muszą często (szczególnie podczas kampanii wyborczej) nasłuchać się o „komuchach”, PZPR, Związku Radzieckim itd. Co z innymi lewicowymi autorytetami? Wielu już dawno pozostaje na garnku PO – Huebner i Rosatti z listy PO znaleźli się w Europarlamencie, Borowski przy poparciu PO został senatorem. Włodzimierz Cimoszewicz kontestuje i krytykuje, ale do konstruktywnej dyskusji o odbudowie polskiej lewicy się nie kwapi. Władysław Frasyniuk woli biznes, a wyborach na prezydenta Wrocławia poparł Dutkiewicza.


Ale nie tylko o problemy z przywództwem się rozchodzi. Lewica nie potrafi przedstawić się jako przedstawiciel poszczególnych grup ludzi. PiS jest reprezentantem elektoratu konserwatywnego, klerykalnego, a także ludzi niezamożnych i niezadowolonych – wykluczonych z konsumpcji dóbr, które są owocem rozwoju polskiej gospodarki i uczestnictwa w Unii Europejskiej. Elektorat PO to przeciwieństwo „ludu pisowskiego” – klasa średnia, 30-letni pracownicy korporacji, specjaliści i wykonujący wolne zawody, konsumenci owoców polskiej transformacji i członkostwa w UE, zadowoleni, umiarkowanie konserwatywni i nieprzesadnie postępowi, a przede wszystkim obawiający się rządów PiS. PSL reprezentuje wieś. Nowa Prawica sięga po ultraliberałów, głównie bardzo młodych, dla których państwo powinno zostać ograniczone do minimum, bo ze swej istoty jest „złodziejskie”. A lewica? Lewica nie ma przekonującego przekazu, swojej narracji, a także – co ważne – swojego punktu odniesienia, przeciwnika (jak PO i PiS). Jeżeli jest jakaś grupa, którą można uznać za twardy elektorat Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Twojego Ruchu, to po stronie SLD „twardo” opowiadają się osoby sentymentalnie podchodzące do minionej Polski Ludowej, a po stronie TR twardzi antyklerykałowie. To mało, co pokazują wyniki wyborcze i sondażowe. Zresztą nie na tym polega lewicowość. Lewica powinna reprezentować z jednej strony słabszych, wykluczonych, prekariat, z drugiej zaś – co w mojej ocenie się nie wyklucza – wyborców postępowych, oczekujących głębszego otwarcia Polski na nowoczesność i liberalizm światopoglądowy, chcących odparcia wzmożenia konserwatywno-tradycyjnego. Słabsi są wszędzie. Pracownicy na „śmieciówkach” w relacjach z pracodawcami, emeryci, którym się starcza do 20-go, pacjenci czekający w kolejce kilkanaście miesięcy, kobiety zarabiające mniej od mężczyzn na tych samych stanowiskach, homoseksualiści pozbawieni praw dostępnych tylko heteroseksualnym małżeństwom. Prekariat, czyli wiecznie niepewni jutra, bo zatrudnieni na zasadach pozwalających na natychmiastowe zwolnienie (tzw. elastyczne formy zatrudnienia), bez perspektyw na własne mieszkanie, bo bez zdolności kredytowej, żyjący z dnia na dzień bez prognozy zmiany na lepsze. To jest baza społeczna lewicy. To do nich powinna zwrócić się lewica oferując rozwiązania w obszarze prawa pracy, zabezpieczenia społecznego, służby zdrowia, równouprawnienia, edukacji. Obecnie zaś jest to baza prawicy. Na przykład młodzi, w tym rzesze studentów, wchodzący na rynek pracy (lub nie wchodzący, bo trwale bezrobotni) głosują głównie na prawicę (PiS i KNP). Na płaszczyźnie światopoglądowej nowoczesnej i postępowej lewicy nie widać. Twój Ruch przeszarżował z „postępem” i w kampanii przed wyborami do Europarlamentu, głównie słowami Janusza Palikota, ustawił się na pozycjach radykalnie antyklerykalnych. Ten radykalizm kosztował klęskę Europy Plus Twój Ruch w majowych wyborach, z której TR się już nie otrząsnął. SLD natomiast w obawie przed utratą swojego tradycyjnego, wiekowego elektoratu z ostrożnością podchodzi do liberalizmu światopoglądowego. W konsekwencji taki liberalny wyborca nie ma na kogo głosować i ostatecznie nie idzie do urn lub wybiera raczej umiarkowaną Platformę Obywatelską. Tą samą partię, która nie wprowadziła ustawy o związkach partnerskich, nie ratyfikowała Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, nadal nie wprowadziła prawodawstwa dotyczącego metody in vitro, nie zlikwidowała Funduszu Kościelnego. Wiarygodna narracja lewicowo-liberalna zapewniłaby poparcie grup społecznych, które obecnie głosują na „socjalny” PiS lub „światopoglądowo” - ze względu na brak alternatywy i strachu przed PiS - na PO. Jeżeli lewica szybko się nie odnowi, nie unowocześni i nie odnajdzie swojej tożsamości, którą następnie wiarygodnie przekaże wyborcom, to resztki jej poparcia rozdziobią prawicowe partie. Wyborców oczekujących empatii dla ich trudnej sytuacji weźmie PiS, a Platforma, widząc słabość lewicy, śmielej wejdzie w postępowe, centrolewicowe lub wręcz socjaldemokratyczne buty i zajmie całą lewą stronę parlamentarnych miejsc. Parlament bez lewicy nie jest więc tylko scenariuszem z kategorii political fiction.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...