Genderem straszono dzieci. Konflikt na Ukrainie eskalował. Pociągi stały, bo taki mamy klimat, zaś posłowie podróżowali dzięki kilometrówce. Sienkiewicz uznał, że Polska to „(…) kamieni kupa”, a leśne dziadki długo nie podawały wyniku wyborów samorządowych. Młodzi na śmieciówkach dowiedzieli się, że są prekariatem.

REKLAMA
Polowanie na „gendera” zaczęło się pod koniec 2013 roku, ale krucjata Kościoła i prawicy przeciw … (no właśnie czemu?) trwa – choć już osłabiona – po dziś dzień. Gender, z uwagi na jego tajemniczy charakter, stał się obiektem memów i eksperymentów z językiem polskim (dżender, genderyzm, genderyści). Osławiona metoda badawcza była dla prawicy w 2014 roku emanacją zepsucia, wypaczeń nowoczesności, zagrożenia dla rodziny i chrześcijaństwa, pokłosiem tolerowania zboczeń i odmienności (np. homoseksualizmu).
Przebojem do polskiego panteonu twórców bon motów wdarła się wicepremier Elżbieta Bieńkowska. By wytłumaczyć zimowe problemy na kolei Bieńkowska rzuciła do pasażerów pociągów na antenie TVN24 „Sorry, taki mamy klimat”. Co prawda słowa te nie przyniosły otuchy pasażerom uwięzionym w zimnych pociągach, ale stały się wdzięcznym tytułem na okładki gazet. „Sorry, taki mamy…” na stałe zagościł w języku potocznym. Śmieszy do dziś.
Dla przedstawiania konfliktu na Ukrainie politycy (zapoczątkował to Barack Obama) i dziennikarze zaczerpnęli z korporacyjnej nowomowy. Tak pojawiła się eskalacja (i deeskalacja jako postulat). Pojęcie łagodzi realny opis zdarzeń. Bezpieczniej bowiem nazwać wojnę konfliktem zbrojnym, a tym bardziej eskalacją konfliktu. Tak więc, „zaangażowanie” Rosji na Ukrainie eskalowało od wspierania reżimu Janykowycza, przez zajęcie Krymu, aż po wojnę graniczną.
Przy zakrapianej kolacji, nagrywanej przez kelnerów, o zwięzłą diagnozę kondycji państwa polskiego pokusił się minister spraw wewnętrznych i potomek powieściopisarza. Bartłomiej Sienkiewicz, po kilku miesiącach spędzonych na czele kluczowego resortu, doszedł do przekonania, że nasze państwo istnieje tylko teoretycznie, a program inwestycyjny jest wart tyle, co „ch.., dupa i kamienia kupa”. Wyznania Sienkiewicza i innych bywalców restauracji Sowa i Przyjaciele nie doprowadziły do upadku rządu, ale zgrabne – choć wulgarne – określenie ministra będzie jeszcze długo pobrzmiewać w dyskusjach – tych na trzeźwo i po kielichu.
W 2014 roku poznaliśmy dokładnie Państwową Komisję Wyborczą, która długo nie była w stanie podać wyniku wyborów samorządowych. Anachroniczni emerytowani sędziowie bez umiejętności komunikowania się ze społeczeństwem zostali ochrzczeni leśnymi dziadkami. W konsekwencji wszyscy podali się do dymisji.
Do pogrzebania politycznej kariery Adama Hofmana doprowadziła natomiast kilometrówka, czyli metoda rozliczania podróży służbowych w oparciu o liczbę najechanych samochodem kilometrów. Przejechane na koszt podatników 80 tysięcy km prześladują też naprawdę grubego politycznego zwierza – Radosława Sikorskiego. Prokuratura bada czy odbyte przez niego podróże wiązały się wykonywaniem mandatu posła.
W 2014 roku duża cześć Polaków – bez etatu i bez prognozy stałego zatrudnienia, na śmieciówkach, permanentnie niepewnych jutra, bez zabezpieczenia społecznego – dowiedziała się, że jest prekariatem. Termin wprowadzony przez Brytyjczyka Guya Standinga w mijającym roku zaczęli często stosować popularni polscy publicyści np. Jacek Żakowski. Rozprzestrzenianie się w Polsce tzw. elastycznych form zatrudnienia powoduje, że ta grupa rośnie i będzie coraz głośniej żądać zmiany swojej trudnej sytuacji. W poprzednich latach o wynikach wyborów decydowały syte lemingi – zwycięzcy transformacji, ale już zdemobilizowane wyborczo mogą niedługo oddać palmę pierwszeństwa aktywnym i „reakcyjnie” nastawionym prekariuszom. Na pewno prekariat będzie często powtarzanym słowem w Nowym Roku.