Skoro nadchodzące wybory prezydenckie to tylko rozbieg przed wyborami parlamentarnymi, kandydaci nie prezentują żadnych istotnych treści, kampania jest nudna i trochę z przymusu, a i prezydenckie uprawnienia są nikłe, to może czas odpuścić sobie bezpośredni wybór prezydenta i pozostawić to parlamentowi?
REKLAMA
Powszechny jest lament nad poziomem niby-toczącej się kampanii prezydenckiej. I jest uzasadniony. Nawet nie chodzi o to, że część liderów zasłoniła się kandydatami z drugiego partyjnego szeregu (Duda, Jarubas) lub wcześniej w ogóle nie znanymi (Ogórek), bo przecież do polityki powinna napłynąć świeża krew. Chodzi o to, że kampania ta niczego nie wnosi, nie kreuje programów, kandydaci nie prezentują żadnej spójnej wizji. Nawet od strony PR i marketingu politycznego (co jest porażką sztabowców) nie została wykreowana jakakolwiek narracja, opowieść, czy wyraźny podział. Tegoroczny wybór prezydenta - w przeciwieństwie do poprzednich elekcji - nie budzi większych emocji, zainteresowania wyborców, nawet dziennikarze relacjonują przejazdy „bronkobusa”, „dudabusa” etc. jakby z obowiązku. Nic dziwnego - kampania obfituje w czerstwe przemówienia, briefingi i konferencje, plastikowe konwencje bez treściwych, inspirujących speechów (za to z tonami konfetti) i nudne wywiady, z których nie dowiemy się nic poza banałami w stylu „aktywna prezydentura”. Nawet jeżeli PiS postawił temat wprowadzenia w Polsce Euro (bo wie, że większość Polaków jest przeciwko), to nie pociągnęło to za sobą żadnej merytorycznej debaty, a tylko groteskowe występy w przygranicznych sklepach.
To kampania bez kontentu. Prezydent Komorowski, co ma do zaoferowania, to podkreślanie, że reprezentuje umiar, rozsądek i koncyliacyjny model sprawowania władzy. A jakiś konkret, namiastka idei, wizji? Podział na Polskę racjonalną i radykalną jest pustosłowiem i jedynie reakcją na skrajnie prawicowy hejt. Kandydat Duda jest bez właściwości. Zrozumiała i słusznie skalkulowana PiS-owska próba sięgnięcia po centrum skutkuje tym, że kandydat nie może zbytnio cokolwiek powiedzieć. Czarny koń wyborów -Paweł Kukiz - pogląd ma tylko jeden - jednomandatowe okręgi wyborcze są lekiem na całe zło. Kukiz, jako kandydat antysystemowy, chce rozbić w pył zabetonowaną scenę polityczną, ale postuluje jednocześnie wprowadzenie ustroju wyborczego sankcjonującego system dwupartyjny, czyli tylko z PO i PiS (sic!). Magdalena Ogórek miota się. Próbując dotrzeć do młodego pokolenia (niekoniecznie o lewicowych poglądach) oraz do przedsiębiorców utraciła zaufanie u lewicowego wyborcy - tylko 33% zwolenników SLD chce na nią głosować. Janusza Palikota ludzie przestali słuchać, bo za często zmieniał poglądy. W swoim szaleństwie konsekwentny jest natomiast Korwin-Mikke (np. chce strzelać do górników) i zapewne zbierze kilkuprocentowy plon. Adam Jarubas postawił na konfrontację z koalicyjną Platformą Obywatelską, co mu się odbija czkawką, bo większość elektoratu PSL będzie głosować na Komorowskiego.
Zatem - nicość, pustka, brak treści.
W poprzednich wyborach prezydenckich Polacy wybierali pomiędzy programami, światopoglądami, osobowościami. Wybory miały dalekosiężne skutki. W 1990 roku wybierając Wałęsę, Polacy ugruntowali kierunek zmian i koniec PRL. W 1995 roku wyborcy rozprawili się z konfrontacyjnym stylem prezydentury Wałęsy oraz częściowo rozgrzeszyli byłą PRL-owską nomenklaturę. To był pojedynek - wręcz wojna - dwóch wielkich i skrajnie różnych osobowości, temperamentów, a także modeli uprawiania polityki (rewolucyjny, spontaniczny, konfrontacyjny kontra wyważony, postpolityczny, koncyliacyjny). Wybory 2000 roku dały podwaliny pod budowę nowej liberalno-konserwatywnej partii, która u swego zarania posiadała wyraźny rys światopoglądowy, a dopiero jako partia władzy programowo się rozlazła i zatraciła. W 2005 roku sztabowcy PiS-u - dzieląc Polskę na liberalną (PO) i solidarną (PiS) - dokonali politycznego majstersztyku. Wówczas polska scena polityczna została zabetonowana. Wybory 2010 roku przebiegły w cieniu smoleńskiej katastrofy, ale start (i dobry wynik) brata zmarłego prezydenta nadał im wagi.
W maju nie szykują się nam wielkie wybory. To będą wybory przez małe „w”. Sami politycy akcentują, że to tylko przedbiegi przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi, które mają być „wiekopomne”. Skoro tak, to może rzeczywiście podarować sobie fatygi wyborców, pieniędzy podatników i wybierać prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe (Sejm plus Senat). Wszak wybory te okazują się mało ważne, kandydaci się nie starają, programów nie ma, a prezydenckie kompetencje i tak są nikłe.
