Tradycyjny wyborca PO został zawiedziony. Straszenie PiSem może jeszcze starczy w najbliższą niedzielę, ale już na pewno nie w październiku.

REKLAMA
Niewielu już pamięta, że PO była kiedyś partią młodych, partią modernizacji, anty-partią. Przestraszona duszną atmosferą rządów braci Kaczyńskich i ich „obciachowością” klasa średnia i młodzi wynieśli partię Tuska do władzy w 2007 roku. W 2011 roku paliwo w postaci strachu przed IV RP dodatkowo wzmocnione zostało mitem o smoleńskim zamachu, co starczyło na wyborcze zwycięstwo. Choć już wówczas partia władzy dostała żółtą kartkę od młodzieży, lewicy światopoglądowej, antyklerykałów, przedsiębiorców. Oni głosowali na Palikota.
Przez kolejne lata Platforma pokazywała, że ma swój elektorat w głębokim poważaniu. Słowa Tuska, że „nie będzie klęczeć przed biskupami” pozostały w sferze deklaracji. Przez osiem lat tzw. postępowi nie dostali od PO nic lub prawie nic: ani związków partnerskich, ani wyprowadzenia religii ze szkół, sprawa regulacji in vitro się ciągnie, konwencja antyprzemocowa została wybłagana. Przedsiębiorcy też nic, choćby uproszczenia karygodnie skomplikowanego prawa podatkowego. Liberałom władza POkazała środkowy palec nacjonalizując składki w OFE. Młodym zafundowano brak stabilności u progu dorosłego życia, elastyczne formy zatrudnienia (najwięcej „śmieciówek” w Europie), upadek szkolnictwa wyższego. Młodzi zyskali też pełną wiedzę o swojej sytuacji: studia na polskiej uczelni niewiele dają, emerytury nie będzie, a emigracja to nie katastrofa. Plus styl ludzi władzy: buta, arogancja, cwaniactwo, odrealnienie.
Przekonanie obozu władzy o bezalternatywności dla rządów PO dało się zobaczyć 10 maja. Szok wymalował się na twarzach polityków i celebrytów wspierających prezydenta Komorowskiego. Platforma i jej apolegoci , tj. establishment, warszawka, salon (przepraszam za te pogardliwe określenia, które jednak oddają stan umysłu ludzi spoza obozu władzy), partyjna „góra”, wysocy urzędnicy państwowi i samorządowi, biznesmeni, mainstreamowi dziennikarze, ludzie kultury byli naprawdę zaskoczeni. Prezydent był autentycznie załamany, że pokonał go człowiek z drugiego szeregu, bez właściwości, bez większej charyzmy. Jak to? Dlaczego? Przecież to my chronimy Was przed strasznym PiS, stoimy na straży Waszych wolności, budujemy autostrady, nie robimy wstydu na arenie międzynarodowej, Tusk jest prezydentem Europy, a gospodarka rośnie.
Tak właśnie obóz władzy stracił kontakt z bazą. Czyli ze swoimi wyborcami, swoim elektoratem, a - uciekając się do tradycyjnego nazewnictwa – suwerenem. Platformerski wyborca został opuszczony, pozostawiony samemu sobie. Młodzi tłumnie poparli charyzmatycznego rockmana, lewica została w domach, bo nie miała wyboru, liberałowie już czekają na partię Balcerowicza/Petru i na pewno nie dadzą kolejny raz uwieźć się PO.
10 maja obozowi władzy wyborcy wylali na zadufane głowy kubeł zimnej wody. To truizm, ale jakże prawdziwy. Runęło przekonanie, że „nie ma dla nas alternatywy”. PO jest teraz bliżej ludzi. A raczej ludzie są bliżej PO. Tyle, że wkurzeni czekają na rządzących z przysłowiowymi taczkami i widłami. Młodzi gniewni chcą zmiany.
I nie są to pożyteczni idioci systemu (bo JOW-y usankcjonują POPiSowski duopol). To nie gównażeria. Wybór Kukiza, a być może Dudy w drugiej turze, to desperacki akt obywatelski, akt niezgody na ciepłą wodę w kranie, na śmieciówkowo-emigracyjne status quo, na zawłaszczenie państwa przez partyjnych cwaniaków.
Prezydent Komorowski się przebudził. Po absurdalnym (i wątpliwym konstytucyjnie) zarządzeniu o referendum (kolejny dowód niezrozumienia o co chodzi młodym) zaczął prowadzić kampanię żwawo i przekonująco. Kulminację dobrej formy osiągnął podczas niedzielnej debaty telewizyjnej. Ale platformerski pomysł na uprawianie polityki się nie zmienił. Straszenie PiSem przybrało intensywność z lat 2007 i 2011. Mobilizacja elit, to jest mediów (np. okładki „Polityki” z Komorowskim w pozie Obamy i „Newsweeka” z Dudą przeobrażającym się w Kaczyńskiego, zaangażowanie redaktorów naczelnych Michnika, Lisa etc.), polityków (w tym liderów dawnej lewicy: Kwaśniewski, Cimoszewicz), celebrytów (Karolak) jest godna podziwu. Ale cały czas tylko na jedno kopyto, na zasadzie równania: Duda = Kaczyński = Macierewicz, Pawłowicz i Rydzyk. To może starczy jeszcze w najbliższą niedzielę, ale już na pewno nie w październiku. Bo od zbyt długiego głosowania z zatkanym nosem można się udusić..