W SLD posłowie boją się, że Zjednoczona Lewica nie przekroczy ośmioprocentowego progu wymaganego dla koalicji. Ale bez lewicowej koalicji Sojusz straci jakikolwiek wpływ na politykę, bo prawdopodobnie nie będzie miał klubu parlamentarnego w Sejmie. Union o muerte.

REKLAMA
Dziś centralne organy SLD, TR i Zielonych (jutro UP) podejmą decyzję, czy będzie wspólny start w wyborach parlamentarnych. Zasadniczo, piłka jest po stronie decydentów w Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Rozumiem obawy i wahania starszego pokolenia polityków SLD, które sprowadzają się do dwóch argumentów przeciw porozumieniu. Pierwszy: jeżeli pójdziemy w koalicję wyborczą, do wejścia do Sejmu trzeba przekroczyć próg 8% zamiast 5%. Drugi: jeżeli pójdziemy w koalicję trzeba będzie oddać sporo „jedynek” na listach koalicjantom z TR, Zielonych, WiR, UP. Ale te argumenty są słabe, bo:
Po pierwsze, mało prawdopodobne, żeby Sojusz - startując samodzielnie -€“ osiągnął próg 5%. Od wielu tygodni utrzymuje się w sondażach tendencja minimalnie (ale jednak) podprogowa. Jeżeli do zjednoczenia nie dojdzie niewielkie poparcie dla Sojuszu może jeszcze zmaleć. Lewicowi wyborcy mogą bowiem obarczyć liderów SLD za to, że nie przystali na zjednoczenie. Taki przekaz - w razie fiaska porozumienia - na pewno będą wzmacniać pozostałe ugrupowania na zasadzie: myśmy chcieli, ale to SLD w obliczu utraty części miejsc biorących, się nie zgodził. Albo: SLD chciał Zjednoczonej Lewicy, ale tylko z politykami Sojuszu na czele. Taki komunikat pójdzie w Polskę.
Po drugie, nawet jeżeli SLD prześliźnie się przez pięcioprocentowy próg wyborczy, to jego reprezentacja w Sejmie będzie tak skromna, że bez znaczenia. Potwierdzają to badania. W ostatnim sondażu pracowni Estymator dla Newsweeka SLD wchodzi do Sejmu z 5% poparcia. Zdaniem Estymatora przekłada się to na 8 mandatów. Wynik na poziomie 5 - 6 % nie daje gwarancji utworzenia nawet klubu parlamentarnego (co najmniej 15 posłów). To jest zerowy wpływ na realną politykę. Brak klubu parlamentarnego oznacza bowiem brak inicjatywy ustawodawczej partii, która co prawda weszła do Sejmu, ale nie ma wystarczającej liczby posłów do utworzenia klubu. Oznacza to także, że ewentualni posłowie lewicy nie będą reprezentowani w mediach, nie będą mieli wicemarszałka, przewodniczących sejmowych komisji. Słowem, zupełny brak wpływu na życie polityczne, przede wszystkim w zakresie zgłaszania projektów ustaw (wszak po to się jest w Sejmie) i oddziaływania na opinię publiczną za pośrednictwem mediów (dobitnie pokazuje to przykład Twojego Ruchu, który po utracie klubu poselskiego, przestał być zapraszany do programów publicystycznych w stacjach ogólnokrajowych i lokalnych).
Po trzecie, nawet jeśli SLD przekroczy próg wyborczy, to większość obecnych posłów SLD, którzy kierując się własnym interesem (co zrozumiałe i oczywiste), oponuje wejściu w lewicową koalicję i tak w Sejmie się nie znajdzie. Zdobycie kilku, kilkunastu mandatów na 41 okręgów wyborczych równa się temu, że wielu polityków Sojuszu obejdzie się smakiem. Czy nie lepiej ustąpić miejsca koalicjantom w kilkunastu okręgach i cieszyć się z przyzwoitej reprezentacji sejmowej? A premia za zjednoczenie i wpuszczenie świeżej krwi po lewej stronie jest niemal pewna. Pokazuje to choćby najnowszy sondaż Millward Brown, w którym Zjednoczona Lewica osiąga 7% poparcia (3% więcej niż SLD w poprzednim badaniu tej sondażowni).
Zjednoczona Prawica walczy o bezwzględną większość w parlamencie i samodzielne rządy. Platforma Obywatelska twierdzi, że wraca do gry i chce trzeciego z rzędu zwycięstwa wyborczego, a jeżeli się nie uda, to liczy na antypisowską koalicję rządząca (z PSL, Nowoczesną.PL, może lewicą). Paweł Kukiz chce zmieniać ustrój Polski, konstytucję, ordynację wyborczą. Ryszard Petru mówi, że gra o duże stawki i liczy na wynik na poziomie 20%. A lewica? Truchleje przed ośmioprocentowym progiem! Realpolitik ma swoje granice. Realpolitik to nie paraliż w obliczu wyzwań. W polityce nie powinno się być tylko po to, żeby trwać. Żeby kilku posłów zasiadło w tylnych ławach sejmowych. W polityce się jest po to, żeby zmieniać rzeczywistość, dbać o interesy grup społecznych, promować idee, podejmować próby (choćby nieudane) zmiany prawa przez zgłaszanie projektów ustaw. W polityce jest się po to, żeby walczyć o swój program. Jeżeli SLD chce jakkolwiek oddziaływać na polską rzeczywistość i strzec lewicowych ideałów musi wejść w projekt Zjednoczona Lewica. W przeciwnym razie pozostaje tylko sztandar wyprowadzić.