Polski pracownik jest tani. Mało zarabia, a i pozapłacowe koszty pracy są niższe niż w Unii Europejskiej. W rezultacie powstają u nas głównie montownie i centra z prostymi usługami outsourcingowymi. Czas to zmienić, bo tanią siłą roboczą już długo nie będziemy mogli konkurować.
REKLAMA
Opisałem już mit o wyższym wykształceniu, które miało być gwarantem kariery (link do artykułu) i mit o polskiej masowej przedsiębiorczości, czyli sławne „załóż firmę”, a raczej „zausz firme” – jak to prześmiewczo nazywają Internety (link do artykułu). Czas na trzeci mit III RP: mit o bardzo wysokich kosztach pracy w Polsce.
Ten mit obala Europejski Urząd Statystyczny. Według Eurostatu w 2013 roku pozapłacowe koszty pracy wyniosły w Polsce 16,7% całkowitych kosztów pracy. Dla porównania, średnia w strefie Euro to 25,9%, a ogółem w krajach Unii Europejskiej wynosi ona 23,7%. Wynika z tego, że pozapłacowe koszty pracy w Polsce są relatywnie niskie. Płace (netto) polskich pracowników są natomiast bezwzględnie niskie. Niższe wynagrodzenia w UE otrzymują jedynie Bułgarzy, Rumuni, Łotysze i Litwini. Dane te stoją w sprzeczności z powszechnym wśród przedsiębiorców i popularnym niegdyś w mediach utyskiwaniu na to, jak dużo kosztuje praca w Polsce. Otóż nie kosztuje. W każdym razie nie tyle, co w UE. No chyba, że się porównujemy do krajów rozwijających się (najniższe koszty pracy są w Afryce), a nie rozwiniętych. Wszak nie dość, że mamy jedne z najniższych w UE wynagrodzeń, to pozapłacowe koszty pracy (podatki, składki) też należą do tych stosunkowo niewysokich.
Polski pracownik jest tani w sensie otrzymywanej płacy i pobieranych od pracodawców danin, które są niższe niż np. w Niemczech, Francji, Włoszech, Skandynawii. W konsekwencji Polska nie konkuruje na jakość pracy, a na taniość. Stąd, mamy przewagę Amazonów, montowni i oddziałów międzynarodowych korporacji zajmujących się prostymi usługami outsourcingowymi nad firmami z obszaru technologii, IT, designu, konsultingu, audytu. Nawet jeżeli w dużych miastach instaluje się sporo międzynarodowych korporacji, to zazwyczaj polskie „młode wilki” nie zajmują się tam złożonymi operacjami finansowymi, prawem międzynarodowym, projektowaniem, ale raczej zapewniają usługi na opracowanych instrukcjach.
Wystarczy rozejrzeć się na ulicy Domaniewskiej w Warszawie (tzw. "mordor" na Domaniewskiej). Niskie koszty pracy sprawdziły się wówczas, kiedy trzeba było wydobywać masy bezrobotnych po upadku przedsiębiorstw państwowych. 25 lat później, po edukacyjnym boomie, to już nie działa. Mit wysokich kosztów pracy upada pod ciężarem twardych danych. A niskie koszty pracy już nie podźwigną gospodarki, bo aspiracje nowego pokolenia nie dadzą się pogodzić z pracą w Amazonie, call-center lub montowni pralek. No chyba, że za zachodnią granicą, za cztery razy lepsze pieniądze.
Trzeba zacząć obalać niektóre mity, na których została ufundowana III RP. Skoro bowiem wiemy, że polskie uniwersytety nie dają gwarancji powodzenia na rynku pracy, to może zaczniemy je reformować. Jeśli odkryliśmy, że samozatrudnieni to nie realni przedsiębiorcy, którzy tworzą wzrost gospodarczy, to podejmiemy walkę ze śmieciówkami. Jeżeli już wiemy, że mamy niskie koszty pracy, to poczynimy kroki w kierunku budowy gospodarki nie tylko opartej na tanich pracownikach.
Mity trzeba obalać, by móc pójść dalej.
