Brexit to szok. Ale szok nie zwalnia z tego, żeby nawet miłośnicy Unii przemyśleli powody decyzji podjętej przez Brytyjczyków. Oto one.
REKLAMA
Po pierwsze, Cameron. Premier Wielkiej Brytanii zapowiedział w 2013 roku referendum dotyczące członkostwa Brytanii w Unii Europejskiej z powodów partyjnych. Z jednej bowiem strony w Partii Konserwatywnej rosła w siłę frakcja eurosceptyczna, a z drugiej popularność zyskiwał UKIP Farage’a. Premier najpewniej nie spodziewał się, że wygra wybory i będzie musiał obietnicy referendalnej dotrzymać. Tak kończą się zabawy z ogniem ludzi, którzy nie powinni rządzić, bo interes partii i swój własny przedkładają nad interes państwa.
Po drugie, Corbyn. Nowy lider Partii Pracy nigdy nie był wielkim entuzjastą Wspólnoty Europejskiej. Dlatego, choć laburzyści formalnie uchodzą za prounijną partię, w kampanii referendalnej nie wzięli bardzo aktywnego udziału. Kampania stała się starciem wewnątrz jednej partii (Konserwatystów), gdzie na Europą namawiali premier Cameron i minister finansów Osborn, a przeciw były burmistrz Londynu Johnson i minister sprawiedliwości Gove (przy oczywistym wsparciu UKIP). Lewicowi wyborcy mogli być skonfundowani, bo ich partia (szczególnie lider) nie wysłała jasnego sygnału: Remain.
Po trzecie, Thatcher. Mapa poparcia obozu Brexit pokazuje, że za wystąpieniem z UE głosowali mieszkańcy obszarów, którym mocno oberwało się za czasów Margaret Thatcher (East Midlands, West Midlands, Yorkshire, North East, North West). To tereny postindustrialne, w których w latach osiemdziesiątych Żelazna Dama zamykała zakłady przemysłowe, kopalnie. Wielu robotników, byłych górników nie wróciło do statusu sprzed prywatyzacji i głosują antysystemowo. No to mieli okazję w ostatni czwartek.
Po czwarte, propaganda. Antyunijną propagandę od lat uprawiają brytyjskie tabloidy, które na Wyspach czytają miliony (np. The Sun, Daily Mirror, Daily Express). Tabloid żywi się bowiem prostym przekazem, zerojedynkowym, gdzie dobre jest dobre, a złe jest złe. Za złego chłopca do bicia robiła od lat Unia Europejska, która jest biurokratyczna (a jak bez biurokracji zarządzać redystrybucją setek miliardów euro?), skorumpowana, przeregulowana (a jak bez regulacji ma funkcjonować Europejski Obszar Gospodarczy?) etc. Co prawda tytułu opiniotwórcze (np. Times, Guardian) optowały za UE, ale mają one nieporównywalnie mniejszą siłę oddziaływania niż popularne tabloidy.
Po piąte, kłamstwa. Zwolennicy wyjścia posługiwali się wprost kłamstwami na temat UE i członkostwa w niej Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy powszechnie kupili argument o 350 milionach funtach, które tygodniowo rząd ma wpłacać do brukselskiej kasy, choć jest zupełnie nieprawdziwy, bo „po rabacie” UK wpłaca ok. 180 milionów i co w żadnej mierze nie uwzględnia ile z tego, do Wielkiej Brytanii wraca.
Po szóste, resentyment. Za opuszczeniem Unii głosowali ludzie starsi. Pokolenie, które jeszcze pamięta czasy imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodzi. Powojenna marginalizacja Wielkiej Brytanii na arenie międzynarodowej była mentalnie dla wyspiarzy ciężka do udźwignięcia. Dodatkowo rozpłynięcie się ich niegdysiejszej potęgi w ramach międzynarodowej wspólnoty, gdzie pierwsze skrzypce grają Niemcy i Francuzi, jest dla starszego pokolenia trudne do zaakceptowania. Mrzonka, że Wielka Brytania może odgrywać samodzielnie ważną rolę jest irracjonalna, ale przecież nie racjonalnymi argumentami takie plebiscyty się wygrywa.
Po siódme, edukacja. Co prawda młodzi zagłosowali w większości za pozostaniem, ale mogłoby być ich więcej, gdyby w szkole o Unii Europejskiej cokolwiek uczono (skądś to chyba znamy). Propaganda, kłamstwa nie padałyby bowiem na podatny grunt, gdyby obywatele o Wspólnocie więcej wiedzieli.
Po ósme, imigranci. Słabo uposażony Brytyjczyk uważa, że miałby lepiej płatną pracę, gdy stawek nie zaniżali Polacy, Litwini, Czesi etc. Dlatego głosował przeciwko Unii, która otworzyła rynek pracy dla obywateli UE.
Po dziewiąte, elitaryzm. Władza coraz bardziej traci kontakt z ludźmi, nie rozumie ich, nie chce z nimi rozmawiać poza kampaniami wyborczymi. Przepaść pomiędzy elitami a tzw. zwykłym ludźmi jest coraz głębsza. Dlatego, gdy władza czegoś od ludzi chce – tak jak premier Cameron chciał głosu za „Remain” – może zobaczyć co najwyżej środkowy palec.
Trzeba o tym wszystkim pamiętać i to wszystko przemyśleć, bo i pewnie u nas zaczną się pojawiać pomysły na referendum w sprawie Polexit.
