Z liderów i aspirujących do piastowania najwyższych funkcji w państwie obecny w Soczi będzie tylko Leszek Miller. Bo podobnie jak przywódcy USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec olimpiady zimowej swoją obecnością nie uświetnią polski premier i prezydent. Co innego były premier – przywódca lewicy, która na sztandarach wypisaną ma walkę o prawa człowieka i obronę mniejszości.
REKLAMA
Fakty są takie. Igrzyska zimowe odbywają się w państwie, w którym demokracja jest jak Yeti – ponoć jest, ale nie wiadomo gdzie. Wolność słowa jest ograniczona, główny przekaz medialny jest kontrolowany przez Kreml (szczególnie telewizja), opozycja jest zgnębiona, wymiar sprawiedliwości i organy ścigania działają pod dyktando władz. W putinowskiej Rosji są łamane prawa mniejszości seksualnych – od zeszłego roku obowiązuje prawo zakazujące demonstrowania homoseksualizmu w miejscach publicznych. Pod pretekstem, że publiczne manifestowanie orientacji homoseksualnej deprawuje dzieci, wszelkie przejawy okazywania uczuć przez gejów i lesbijki zostały zakazane i są surowo karane. Rosja śni nadto swój mocarstwowy sen. Putin dał temu pokaz podczas uroczystości inaugurującej olimpiadę - narcystycznej wizji historii Wielkiej Rosji ze szczególnym uwielbieniem czasów cara Piotra I i Związku Radzieckiego. Sen ten ma również swoje odniesienie w rzeczywistości, bo Rosja gra w polityce zagranicznej rolę agresywnego mocarstwa np. najechała zbrojnie sąsiedzką Gruzję i szantażuje ekonomicznie Ukrainę i Mołdawię. Krótko mówiąc, putinowska Federacja to reżim, któremu daleko od standardów współczesnych demokracji.
Sama olimpiada została zorganizowana nakładem przeszło 50 miliardów dolarów bez poszanowania praw mieszkańców Soczi i okolic oraz nie bacząc na ekologię. Kosztem mocarstwowej „pokazówki” Putina został zdegradowany lokalny ekosystem.
Wybór gospodarza oraz to jak olimpiada w Soczi została przygotowana nie idzie w parze z takimi wartościami jak prawa człowieka, poszanowanie mniejszości, pokojowa idea igrzysk, ekologia. MKOL ostatnio niespecjalnie zważa na takie wartości (patrz: Pekin). W żaden sposób nie zwalnia to jednak polityków z tego, żeby to oni mieli te „niuanse” na względzie. Dlatego przywódcy największych demokracji Zachodu, ale także lewicowi intelektualiści bojkotują udział w rosyjskiej olimpiadzie. Nawet polski rząd wysyła do Soczi jedynie ministra sportu, co traktować można w kategoriach dyplomatycznego afrontu. Powyższe nie przeszkadza natomiast – trawestując słowa innego byłego premiera z SLD – „liderowi młodej, postępowej lewicy”.
Ciekawe jest tłumaczenie wycieczki Millera przez przedstawicieli Sojuszu. Słyszymy zatem, że „nie należy mieszać polityki ze sportem”. To bujda na resorach. Polityka od zawsze idzie w parze ze sportem począwszy od antycznej Grecji i Rzymu, średniowiecznych turniejów rycerskich, przez pingpongową dyplomację (w 1971 r. przywrócenie stosunków dyplomatycznych pomiędzy USA i ChRL zapoczątkował mecz w ping-ponga), aż po wzajemne bojkoty państw z przeciwnych stron żelaznej kurtyny igrzysk letnich w Moskwie (1980 r.) i Los Angeles (1984 r.). Śmieszne jest także tłumaczenie, że były premier jedzie wspierać polskich sportowców, jakby co najmniej miał smarować narty Justynie Kowalczyk lub ostrzyć łyżwy panczenistom. Polscy sportowcy poradzą sobie niezależnie od obecności tego, czy innego polityka. Odnosząc się zaś do argumentu, że trzeba jechać, bo tak się nawiązuje kontakty i załatwia sprawy narzucają się pytania: Jak to się ma do tego, że „nie należy mieszać polityki ze sportem”? Jakie liderzy SLD mają poumawiane spotkania w celu załatwienia spraw żywotnych dla interesu Polski? Czy SLD jest w opozycji, czy już przejęło władzę, że jedzie robić dla Polski interesy?
Niezawodny Włodzimierz Czarzasty mówi, że bojkotujący Soczi od Obamy aż po Tuska zachowują się jak hipokryci. Zdecydowanie natomiast hipokryzję zarzucić można i trzeba Leszkowi Millerowi. Wszak „lider młodej, postępowej lewicy” nie zapomina o wartościach dla lewicy najistotniejszych. Kandydat na premiera dostrzega konteksty w dyplomacji, nie zasłaniając się tym, że „polityki nie trzeba mieszać ze sportem”.
A może po prostu ciągnie wilka do lasu? Ciężko sobie przecież odmówić wycieczki „jak za starych, dobrych czasów” - do czarnomorskiego kurortu, do radzickich, pardon rosyjskich, towarzyszy.
