Traktujmy Ukraińców po partnersku, jak przyjaciel przychodzący w opresji ze wsparciem, na którego można liczyć w chwilach próby, nie zaś z litością i poczuciem narcystycznego samozadowolenia z udzielonej słabszemu pomocy, czy (o zgrozo!) jałmużny.
REKLAMA
Da się zauważać w traktowaniu Ukrainy elementy pobłażliwości i protekcjonizmu. Na przykład, w TVN reportaż z Wołynia – dziennikarz począwszy od przekroczenia granicy polsko-ukraińskiej odkrywa ukraińską biedę. Ze swojej drogi od polskiej granicy do Łucka pokazuje szarzyznę i brzydotę wołyńskich miejscowości, relacjonuje ubóstwo mieszkańców i ich codzienną egzystencje, zarazem cytując wypowiedzi ludzi w jednym tonie: chcemy do Europy, chcemy, żeby u nas było jak w Polsce. Całość tworzy przekaz pewnego politowania nad losem biednego sąsiada, jakby na zasadzie - Pan pochyla się nad problemami słabszego. Pamiętacie nasze miasta początku dziewięćdziesiątych? A pamiętacie pobłażliwy stosunek Zachodu do nas? Słodycze przesyłane od ciotki z Francji (bo u nas nie ma), ubrania od dziadka z Chicago (bo u nas wszystko szare), kasety od kolegi z Niemiec? Trochę godziło w dumę. I ten stosunek do Polski – radzieckiego satelity, w którym po Warszawie spacerują niedźwiedzie. Poczucie lepszości zachodnich dobroczyńców nie każdemu było w smak. Pomni takiego doświadczenia darujmy sobie taką pobłażliwość względem Ukrainy. Traktujmy Ukraińców po partnersku. Ukraina ma być nam przyjacielem i partnerem, a nie słabszym sąsiadem w orbicie naszych wpływów.
Skoro mowa o wpływach to należy przypomnieć autorom rojeń o Polsce od „morza do morza”, że nie jest Polska środkowoeuropejskim mocarstwem, który buduje strefę wpływów od Bałtyku aż po Morze Czarne. Tzw. koncepcja jagiellońska tworzenia pod polskim leadershipem jakiegoś protektoratu w Europie Środkowo-Wschodniej na przekór rosyjskim imperialnym aspiracjom to mrzonka, przejaw nieuzasadnionych kompleksów i peryferyjnego myślenia. Polska peryferyjność objawia się zadowoleniem z tego, że znów jesteśmy ważni w świecie, znów o nas głośno. A to, bo zarządzamy strefą okupacyjną w Iraku (okazało się, że tylko z nazwy i bez żadnych korzyści z tego), a to, bo nasz prezydent chroni gruzińskiej niepodległości (ostatecznie rozejm w konflikcie rosyjsko-gruzińskim został zawarty na warunkach wynegocjowanych przez prezydenta Sarkozy’ego). Darujmy sobie. Nie jesteśmy mocarstwem. Ba, nie w naszym rejonie dzieje się obecnie główny nurt światowej polityki. To se ne vrati. Możemy za to być ważnym uczestnikiem prawdziwie silnego gracza – Unii Europejskiej.
I jeszcze refleksja historyczna. Dziesiątki lat protektoratu Rzeczpospolitej oraz prób polonizacji naddnieprzańskiej i kozackiej szlachty, któremu towarzyszyło gorsze traktowanie przez Lachów doprowadziło do powstania pod wodzą Bohdana Chmielnickiego, a w rezultacie do zawarcia w 1654 roku ugoda prejesławskiej na mocy, której Ukraina została poddana pod moskiewską dominację. I z tej lekcji sprzed wieków można czerpać naukę. W relacjach polsko-ukraińskich trzeba wyzbyć się pobłażliwości i paternalizmu, a także włożyć między bajki rojenia o Polsce jako regionalnym mocarstwie w Europie Wschodniej. Mocarstwo w Europie może być jedno: Unia Europejska.
