Początek tzw. długiego weekendu przyniósł wiele emocji sportowych. Na ringu, na parkiecie, na torze i na boisku. Dwa z nich zapadły mi w pamięci. Mieliśmy genialny PR-owo, komentatorsko rozegrany pojedynek „Uciekającego Najmana” i „Hardkorowego Koksa”, w którym brakowało treści i – choćby – namiastki walki. W sobotę z kolei odbyło się bodaj najpiękniejsze żużlowe Grand Prix w historii tych zawodów w Lesznie. Na podium, turnieju indywidualnego, w którym zbiera się punkty i walczy o mistrzostwo świata stanęło dwóch Polaków. Drugi na mecie w wyścigu finałowym, Tomasz Gollob dostał salwę gwizdów od kibiców. Dlatego, że przyjechał przed Jarosławem Hampelem. Mamy dwóch zawodników ze światowej czołówki, którym należy się szacunek i oklaski. Wszędzie na świecie tak. U nas jednak idolem staje się umięśniona reklama sterydów, triumfująca nad rywalem, którego pokonałbym ja na wózku, a potępiony i odsądzony od czci i wiary zostaje tytan pracy i jeden z dwóch polskich mistrzów świata na „czarnym torze”. Takie rzeczy, tylko w PL.

REKLAMA
Litwiński kulturysta, Robert Burneika w drugiej rundzie pojedynku pokonał Marcina Najmana. Tylko, że w tej walce na gali MMA Attac 2 w katowickim spodku brakowało najważniejszego – walki. Kozak w słowach, spod Jasnej Góry poddał się przed czasem, uznając wyższość „Hardkorowego Koksa”, króla internetowych filmików. Stając się niemal idolem tłumów. Choć jak sam przyznał do tego pojedynku z częstochowianinem wcale się nie przyłożył. Zabawny ten „Koksu”, ale raczej – jeśli już – nadający się na showmana lub komedianta, a niekoniecznie na bożyszcze mas.
Łaska kibica na bardzo pstrym koniu jeździ. Przekonał się o tym Tomasz Gollob – jeden z dwóch polskich mistrzów świata. Tytan pracy, prowadzący sportowy tryb życia, filar polskiej reprezentacji. Wiele razy biorąc ciężar odpowiedzialności, podczas Drużynowego Pucharu Świata na swoje barki i przechylając szalę zwycięstwa na korzyść „biało – czerwonych”. Ten Gollob, dla którego przed dwoma laty, na koniec cyklu Speedway Grand Prix wiwatowały tłumy, kiedy zdobywał złoty medal w mistrzostwach świata. Tym razem, w leszczyńskiej odsłonie rozgrywek o najcenniejsze, indywidualne laury świata, zajął drugie miejsce, przed innym Polakiem ze światowej czołówki – Jarosławem Hampelem. W finałowym wyścigu Tomasz Gollob, na skutek swojej jazdy po najszerszej części toru najpierw był trzeci, potem pierwszy, a na koniec drugi. A przed dekoracją zwycięzców… przepraszał za swój, dobry skądinąd, wynik. Przypomnę w zawodach indywidualnych. Od kibiców z kolei, zgromadzonych na stadionie Alfreda Smoczyka, otrzymał salwę gwizdów. Żużel to nie szachy, jeździ się ostro, ale bez fauli, tak jak w minioną sobotę w Lesznie. Po zwycięstwo. Dwaj panowie z czuba żużlowej elity wyjaśnili sobie sprawy jeszcze na padoku. Emocje powoli opadają, ale szowinistyczne szaleństwo kiboli należy jasno interpretować. Kupując bilet, można wiele: warto jednak nie wyłączać myślenia.
Żużel to piękny sport, w którym „szaleńczy torreadorzy”, rywalizując na motocyklach bez hamulców bawią publikę, wynosząc jej emocje pod niebo. Za tę jazdę, sukcesy i medale, warto nagradzać zawodników głośnym dopingiem. Za złe zachowanie, faule na torze należą się gwizdy, ale za jazdę fair i żużlowy kunszt – brawa. Niby proste, a jednak nie do końca.