Pęd. Dzień za dniem, po sukces i uznanie. W sporcie - na żużlowym torze, w sztuce – po laury i statuetki. Życiowo w końcu, zgodnie z tłumem – bez kolorów i miejsca na „inność innych ludzi”. STOP. Ktoś, kiedyś wciśnie „STOP”. Niespodziewanie, bez odwrotu. Warto więc już teraz, po prostu pożyć. Życie to nie „chwała na jutrzejszej „jedynce” w popularnym dzienniku”, to rozmowa, ciekawe spotkanie, czas na „nic się nie stało” i tolerancję – uprzedzającą uprzedzenia. Intensywny to był tydzień. Radosny, spełniony i smutny, tragiczny. Jak w życiu. „Ogień i woda”, nieustannie i wciąż – obok siebie.

REKLAMA
Wracam do ubiegłej niedzieli. Kolejne żużlowe odsłony, walka na łokcie – po splendor i satysfakcje, kibiców i klubowych włodarzy. Do Wrocławia zjeżdża Marma Rzeszów, na pojedynek z tutejszym Betardem Spartą Wrocław. W trzecim wyścigu fatalnie upada Lee Richarson, zawodnik gości, urodzony w Wielkiej Brytanii. W Zjednoczonym Królestwie zostawił żonę Emmę i trzech synów.
Jeszcze na „czarnym owalu” był przytomny po dramatycznym w skutkach zderzeniu z bandą i torem. Potem, w szpitalu na skutek licznych obrażeń wewnętrznych zakończył swoją „książkę życia” na ziemi. Kiedy informacja dotarła do żużlowego środowiska nie było klubowych barw, narodowości. „Odszedł brat z naszej rodziny”, jak pięknie potem wspominał kompan Anglika, Dawid Stachyra, także uprawiający „czarny sport”. Człowiek z duszą i wrażliwością.
W odległym o kilkaset kilometrów Gorzowie trwał mecz gorzowskiej Stali z gośćmi z Zielonej Góry. Arbiter pojedynku, Marek Wojaczek, po otrzymaniu dramatycznych wieści, zamiast zakończyć mecz, rozpoczął konsultacje. To nie ustawa parlamentarna, ani czas i miejsce na tego typu procedury. Trzeba umieć powiedzieć „kończymy panowie”, bez względu na koszty, terminy i inne – mniej ważne sprawy. Szkoda żużlowców, którzy pod kaskami mieli kalejdoskopowy przegląd emocji, żal kibiców z obu drużyn. Derby mają swój wymiar, emocje sięgają zenitu. Fani „czarnego sportu” potrafili skandować imię i nazwisko żużlowego torreadora, ci z „Zielonki”, i ci z Gorzowa. Sędzia mógł nad tym zapanować, by godnie uczcić pamięć. Nie potrafił. Nie wszyscy potrafią, ale taka sędziowska karma. Może warto zejść z wieżyczki. Trzeba wiedzieć kiedy…
Kibice w Rzeszowie, podkarpacki klub Lee reprezentował, we Wrocławiu, gdzie też terminował i w końcu w Częstochowie, gdzie zdobywał cenne punkty, a i skąd pochodził jego profesjonalny team, oddali Mu hołd. Na różne sposoby, ważne, że godnie. Cholerny speedway, niesprawiedliwie zabierający ludzi. Męża i ojca.
Żona Emma, przyleciała do Polski zabrać Lee do ojczyzny. Wzniosła się ponad siebie i targające emocje, dziękując za wsparcie, słowa i czyny od fanów, żużlowych włodarzy. Dodała na koniec, żeby kibice dopingowali swoich pupili na torach, bez ciszy. Tego chciałby Lee, ułożony i bezpiecznie jeżdżący zawodnik. Dalej bowiem trzeba żyć, synowie do szkoły, ktoś do pracy, a inny – po punkty na torze. Ważne by z szacunkiem do kości rywali, w ogóle z szacunkiem do drugiego człowieka. W kolejce, „na taśmie”, w słowie pisanym i mówionym.
Życie pisze różne scenariusze. Radość przeplata łzami, zdrowie chorobą. Tak jest i pewnie będzie. Nie zawsze winni są „inni inni”. „Pamiętaj, żeby cenić drugiego człowieka, ale na Żydów uważaj, a Niemcy, o kochany (…)” wyszeptała starsza pani. Kultywując mury w sobie, budowała je w kolejnym pokoleniu.
Zastanawiam się nie po raz pierwszy nad antysemityzmem. Jezus Chrystus był przecież Żydem, a cała rzesza wierzących (nie generalizuję i nie o wszystkich piszę) jakby tego nie dostrzegła: godząc w ten naród. Myślą, mową, a niekiedy – niestety i uczynkiem. Dlatego ciągle potrzebne są kampanie o tolerancji dla osób narażonych na wykluczenie.
W połowie maja, we Wrocławiu odbyła się szósta edycja „Żywej Biblioteki”. Żeby zrozumieć, a nie wykluczać, można było wypożyczyć „Żywą Książkę”: KATOLIKA, ATEISTĘ, MUZUŁMANINA, ANTYFACETA, LESBIJKĘ, GEJA, BEZDOMNEGO, WIĘŻNIA, OSOBĘ NIEWIDOMĄ, W-SKERSA, UKRAIŃCA, ŻYDA. Każdy mógł wpaść, zarejestrować się i „poczytać” przez 30 minut, drugiego człowieka.
Idea powstała w Danii i jest kontynuowana przez grupę zapaleńców także w Polsce. Przypominam sobie pewną starszą panią, czytelniczkę. Przyszła z dwoma wnukami około 7-8 lat. „Proszę pana, mam prośbę: proszę moim wnukom opowiedzieć o niepełnosprawności”. Opowiadałem, chłopcy słuchali, czasem rozglądali się na boki. Jestem jednak pewien, że za 2,3 lata, a i potem nie będzie ich dziwił wózek inwalidzki. Babcia zabrała potem wnuków na czytanie MUZUŁMANKI, deklarując się przed rozmową, że jest katoliczką. „Chciałabym, żeby wnukowie poznali inne wyznania, z szacunkiem pokazywałam im wrocławską synagogę”. Z podziwem patrzyłem na piękny
wymiar tolerancji.
logo
"Żywa Biblioteka" we Wrocławiu. Na zdjęciu "Żywe Książki" czekają na wypożyczenie... fot. Karolina Michalczyk

W trakcie dwudniowego stania na półce rozmawiałem z różnymi „Żywymi Książkami”. Zasugerowany przekazem medialnym pomiędzy moimi „wypożyczeniami”, „czytałem” UKRAIŃCA. Opowiadał, że Julia Tymoszenko do przezroczyście nienagannych władców nie należała. „I tak pewnie trafiłaby do więzienia. Chodzi po prostu - o ludzkie traktowanie, a na Ukrainie w ogóle o „zmianę warty”, żeby branie łapówek nie było tak powszechne”. Łamaliśmy więc także stereotypy między sobą. Nigdy dość takich projektów.
Tak się w życiu poukładało, że z „mikrofonem mi po drodze”. Zdarza mi się więc w różnych miejscach poprowadzić ciekawe wydarzenia i spotkania.
W miniony piątek prowadziłem spotkanie z Krystyną Mazurówną, tancerką, jurorką w tanecznym show TV Polsat, a przede wszystkim realnie myślącą „historią tańca”. Działo się to w moim Wroclove, z inicjatywy dwóch pań, które chcą pokazywać kobietom na Dolnym Śląsku, że „można” i, że warto przełamywać bariery. – Tylko nie mów o mnie legenda, bo to brzmi staro. Nie jestem też celebrytką, ani gwiazdą – rzuciła w trakcie wspólnej rozmowy, już do mikrofonu kobieta, w której kochali się Sławomir Mrożek i Krzysztof Teodor Toeplitz. Audytorium, we wrocławskim ART Hotelu doceniało klasę artystki, za osiągnięcia i dystans do samej siebie. Opowiadała, że jeszcze trochę nam, Polakom brakuje do otwartości na „kolorowe ptaki”. – Chyba w ogóle na inność, sam chyba wiesz, jak ludzie postrzegają np. osoby na wózkach – indagowała.
Mnie poza ciekawą rozmową ujęły także w „Kryśce”, jak kazała do siebie mówić dwie, a w sumie trzy kwestie.
logo
spotkanie z Krystyną Mazurówną fot. Filip Głuch

Rozmawialiśmy i przed, i po spotkaniu. W kuluarach jedna z pań komplementowała moje ciuchy i prowadzenie. Wrodzony narcyzm (jakoś trudny do wyleczenia) nie pozwalał zaprzeczyć. Nie o tym jednak. Krystyna Mazurówna, natychmiast zareagowała: a to znaczy, że na wózku nie wolno się dobrze ubrać?
Pytanie pozostawię bez odpowiedzi.
Potem, podczas wpisywaniu autografów, szafowała kolorowymi pisakami, z każdym z czytelników robiąc sobie zdjęcie. Daleko jej było do zblazowanych gwiazd. Mając szacunek do ludzi przychodzących na spotkania, poświęcających czas i kupujących jej książkę.
logo
spotkanie z Krystyną Mazurówną fot. Filip Głuch
Na koniec, przypomniałem sobie odpowiedź „Kryśki” na jedno z pytań: „W życiu najbardziej zachwycam się życiem i każdą chwilą”.
Tak sobie myślę, że „dziś” i „tu i teraz” jest najważniejsze. Nie wiadomo kiedy przyjdzie STOP i nasz ostatni wyścig. Niekoniecznie trzeba zgadzać się z drugim człowiekiem, ale warto akceptować jego „kolory” i z szacunkiem odnosić się do jego poglądów. Najlepiej częściej, niż rzadziej używać radości, a nie malkontenctwa.