Dzielimy się już we wszystkim. Kobiety - na te w ciąży i te, które tego stanu jeszcze nie doświadczyły. Homoseksualiści kontra heteroseksualiści, Żydzi i Polacy, niepełnosprawni i zdrowi, w końcu paraolimpiada i olimpiada. A może wrócić do zdrowego, naturalnego rozgraniczenia: dobrych i złych, mądrych i głupich?
REKLAMA
Kobieta jest królową wszystkiego, co piękne. Wspaniałe, prawda? Ale pod warunkiem, że nie zdobywa nowych przestrzeni poza kuchnią. Nie próbuje zagrozić w świecie mężczyzn, nie pnie się zbyt wysoko. „Baba za kierownicą” - to oczywisty wróg publiczny numer jeden wszystkich wspaniałych, kierowców - mężczyzn. Lekiem na przełamanie tych złych stereotypów w świecie polityki ma być ustalenie parytetów na listach wyborczych. Ale czy ustalone przepisy w rzeczywistości nie pozostaną martwe? Czy nie są tworzone tylko na potrzeby telewizyjnych jupiterów i reporterskich fleszy?
Przede wszystkim potrzebujemy zmiany myślenia, zmiany, która powinna zajść w naszych głowach. Pamiętam, gdy niedawno ze znajomymi wybraliśmy się do Drezna, pięknego miasta wschodnich Niemiec. Jeden z nich zapytał, czy kupię mamie w prezencie proszek do prania? Zachodzę w głowę, odpowiadam, że proszek kupię, ale nie mamie, tylko do domu. Mamie to mogę kupić kawę - taką, najlepszą, ulubioną, którą pija tylko ona. Nadal żyjemy w przekonaniu, że kobieta powinna gotować, prać, niezależnie od codziennych obowiązków zawodowych.
Potem, zamiast bielizny, perfum lub biżuterii, dostanie garnek albo wałek. Niech realizuje się tam, gdzie jej miejsce. I jeszcze niewdzięczna nie okazuje entuzjazmu po tym, jak dostała kupiony w promocji sprzęt AGD. Przecież człowiek na to stracił 10 minut!
Jest więc powód do „focha” i wyjścia do osiedlowego pubu na niezwykle istotny mecz jedenastej ligi, japońskiej klasy „Z”. Zwłaszcza, że chwilę wcześniej, kolejna niezdolna uczestniczka ruchu, zaparkowała na wyznaczonym dla mężczyzny miejscu parkingowym pod supermarketem, zamiast ustąpić miejsca. Jest więc i powód do dłuższych, barowych opowieści. Kobieta więc, niejedno ma imię. Najczęściej jednak to najgorsze. Zwłaszcza jeśli jest żoną lub konkubiną. Żona bowiem kochanką być nie może, bo i jak – po tylu latach.
Kliszami patrzymy na ten dziwny, otaczający nas świat. Piękne turkusy, szale, róże, czerwienie w które przyodziani są przeważnie włoscy mężczyźni na ulicach Florencji, Rzymu i Mediolanu, u nas w kraju uchodzą za informację o seksualnej preferencji. Jako zdeklarowany „heteryk” lubię swój biały i fioletowy zegarek. Często jednak uchodzą one w połączeniu z szalami za afirmację homoseksualną. Nawet jeśli miałoby tak być, to i co komu do tego? Im więcej kolorów na ulicach, tym piękniej. Uwielbiam Włochy, zwłaszcza w towarzystwie zielonookiej damy serca. Tam podobnie jest jak na ulicach Londynu: czuć szacunek i tolerancję dla „inności” ludzi. Tam tak samo nieistotnym jest fakt, że poruszam się na inwalidzkim wózku, jak to, że ktoś ma czerwone włosy, czy w zimie chodzi w sandałach.
Na różnych festiwalach słucham utworów, dedykowanych dla osób z niepełnosprawnościami. Te same ciarki przechodzą po mnie wtedy, gdy koncert zagra Janusz Radek, Ira, Zakopower, czy niewidomy Leszek Kopeć. Jest więc jakaś różnica? Tylko ta wytworzona przez nas samych. Osób pozbawionych niepełnosprawności można słuchać, można się z nimi śmiać. Ci na wózku wózku, niewidomi są po to, by się nad nimi litować, tulić je i ściskać. Nawet, jeśli mają 40 lat. Patrzą na karierę Moniki Kuszyńskiej. Tej, która jest po wypadku i jeździ na wózku. Znajdowała się jeszcze niedawno gdzieś z boku, jakby z karierą skierowaną w inny krąg odbiorców. Przecież głos ma dalej taki sam, budzi zachwyt u zainteresowanych tym rodzajem muzyki. Dlaczego więc nie miałaby wystąpić na festiwalu w Opolu, czy Sopocie? Nie, jako efemeryda, ale pełnoprawny uczestnik ze swoją twórczością, oddaną pod osąd głosowania publiczności. Póki co, z radością patrzę na jej udział w telewizyjnym show TVP 2 „Bitwa na głosy”, gdzie bez obciążeń stanie z drużyną do walki o głosy i uznanie jury. Bez litości, której nie potrzebuje.
Przyglądam się paraolimpiadzie, odbywającą się chwilę po olimpiadzie. Ta ostatnia z wielką pompą, w drogich hotelach – obsługiwana przez najlepszych dziennikarzy z tzw. „pierwszych stron”. Paraolimpiada, niby na tych samych obiektach, ale to już taka gorsza siostra. Organizowana dwa tygodnie później, której poświęca się migawkę w telewizyjnych serwisach informacyjnych, relacjonowana przez tzw. „drugi garnitur”. Pięknych i wygładzonych lepiej było oddzielić, od tych poruszających się na czterech kołach lub przy pomocy laski. Robimy więc igrzyska paraolimpijskie z litości, dla zaspokojenia wyrzutów sumienia. Pogłaszczemy, utulimy, zdobywców złotych medali, ale uznanie i gratyfikacje finansowe jakby nieco mniejsze. Dlaczego jest tak, skoro niepełnosprawny sztangista wyciska więcej, niż tzw. zdrowy sportowiec.
Choć, kto wie na ile zdrowy, bo któż wie, jakie niepełnosprawności w nas drzemią. Jedni nie potrafią latać samolotem, inni nie znają języków, a ktoś jest po prostu starszy i potrzebuje pomocy. Pojęcie samodzielności, jest bardzo względne. Dlaczego więc nie zrobić jednych igrzysk, dzieląc je np. dzień na dzień, na rywalizację sportowców niepełnosprawnych i pełnosprawnych? W tej samej „wiosce olimpijskiej”, takim samym czasem antenowym i równym podziałem nagród.
Odpowiedzi na wiele rodzących się pytań, zdają się znać tzw. decydenci. Mądrzy, ale inaczej – chciałoby się powiedzieć. Choć zrzucanie wszystkiego na polityków bądź organizatorów imprez byłboby zbyt prostym. Niestety stereotypy biorą się z uwarunkowań społecznych, kulturalnych, na które wpływ mamy sami. My też zatem możemy kształtować rzeczywistość: wolną i otwartą w myśleniu i działaniach, bądź zamkniętą w okowach głupoty. Wybór, jak zawsze, należy do nas.
