Był rok 1997, w Belwederze – w ramach konkluzji po marszach „przeciwko przemocy” – mówiliśmy o przyczynach i skutkach agresji, wśród młodych ludzi. Prezydent, jego małżonka, harcerze, przedstawiciele Parlamentu Młodzieży Wrocławia, psycholodzy, organizacje pozarządowe. Jedni rozkładając na czynniki pierwsze co można, co warto, a co trzeba zrobić, żeby zapobiegać. Inni, a w zasadzie jeden: Marek Kotański o tym, co zrobił i jak. Jak – nomen omen – człowiek czynu, którym został do felernego i śmiertelnego w skutkach wypadku na drodze w sierpniu 2002.
REKLAMA
W życiu tak się poskładało, że dzięki rodzinnemu kontekstowi i przyjaciołom, udawało i udaje się myślę udowadniać, iż „bycie w-skersem” nie daje powodów do życiowego marazmu. Tak mam od lat. Tak też było, kiedy przedstawiając swój pomysł(w 1994 r.) na funkcjonowanie Parlamentu Młodzieży Wrocławia, pod auspicjami Rady Miejskiej – zostałem jego szefem. Myśleliśmy wtedy, że możemy uczyć się trochę doroślejszego życia przy sali sesyjnej wrocławskiego Ratusza, działając i wspierając wiele – naszym zdaniem – dobrych działań. M.in. przeprowadzając „Raport o stanie wrocławskiego szkolnictwa”, organizując pierwszy w mieście i bodaj w kraju Miejski Wolontariat, wtedy na Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny, czy w końcu manifestacje „przeciwko przemocy”, aby uświadamiać i zapobiegać rosnącej wtedy agresji w szkołach.
Konsekwencją działań młodych ludzi we Wrocławiu i kilku miastach w Polsce, „przeciwko przemocy” innych młodych było zaproszenie do Belwederu na wspólną debatę. Wyruszyliśmy więc z przyjaciółmi Anią i Piotrem Kosiorami (dziś fajnym małżeństwem, a i wspierającym działania naszej wspólnej Fundacji W-skersi) i Paulem Tait’em (dziś pracującym na lotnisku w Toronto, a wtedy wiceprezesem Parlamentu Młodzieży Wrocławia) w drogę pociągiem do Warszawy. Podobnie, jak dziś niełatwą dla osoby poruszającej się na wózku. Ale dziś, podobnie jak wtedy, liczył się cel. Pierwszą część dyskusji z udziałem prezydenta Kwaśniewskiego kończyła się gorącą dyskusją w kuluarach. Podszedł do mnie Marek Kotański, jako już wtedy uznana postać organizacji pozarządowych, a przede wszystkim osoba przywracająca z wykluczenia.
- Cześ, mów mi Marek – wypalił bez zbędnej kurtuazji
- Dzień dobry Bartek Skrzyński z Wrocławia, Parlament Młodzieży… - odpowiadałem nieśmiało.
- Słyszałem co mówiliście, fajnie, że działasz pomimo trudności – dodał, opowiadając o tym co robi i wsłuchując się w to, co do powiedzenia ma rozmówca. Co szczególnie dziś jest trudną sztuką.
- Cześ, mów mi Marek – wypalił bez zbędnej kurtuazji
- Dzień dobry Bartek Skrzyński z Wrocławia, Parlament Młodzieży… - odpowiadałem nieśmiało.
- Słyszałem co mówiliście, fajnie, że działasz pomimo trudności – dodał, opowiadając o tym co robi i wsłuchując się w to, co do powiedzenia ma rozmówca. Co szczególnie dziś jest trudną sztuką.
W drugiej części dyskusji z udziałem prezydentowej, psychologów, ngo’sów i nas – trochę wtedy stremowanych - młodych ludzi, głos zabrał Marek Kotański. Z subtelnością wtrącając się w mądre wypowiedzi, inkluzje retoryczne z wyszukanymi słowami – uznanych autorytetów.
- Powiem o tym, co zrobiłem, żeby zapobiegać. Na już, poza działaniem w ośrodkach, przygotowałem karetki, w nich jest psycholog, lekarz, którzy mogą pomóc młodym w tragicznych sytuacjach – opowiadał, a pozostali? Pozostałym otwarte buzie pozostały.
W życiu dane mi było jest i, mam nadzieję, będzie przeżyć wiele dobrych i napełniających energią spotkań. To w Belwederze, gdzieś w pędzącej i politycznej Warszawie, było jednym z nich. Z człowiekiem, który nie opowiadał o tym, co można i warto zrobić, ale o tym co już zrealizował. A co z kolei do dziś trwa. Mam przekonanie, że z wsparciem z góry. Od Marka, z którym miałem przyjemność być „po imieniu”…
- Powiem o tym, co zrobiłem, żeby zapobiegać. Na już, poza działaniem w ośrodkach, przygotowałem karetki, w nich jest psycholog, lekarz, którzy mogą pomóc młodym w tragicznych sytuacjach – opowiadał, a pozostali? Pozostałym otwarte buzie pozostały.
W życiu dane mi było jest i, mam nadzieję, będzie przeżyć wiele dobrych i napełniających energią spotkań. To w Belwederze, gdzieś w pędzącej i politycznej Warszawie, było jednym z nich. Z człowiekiem, który nie opowiadał o tym, co można i warto zrobić, ale o tym co już zrealizował. A co z kolei do dziś trwa. Mam przekonanie, że z wsparciem z góry. Od Marka, z którym miałem przyjemność być „po imieniu”…
