Rzecz o języku. Miała swoje „językowe 5 minut” pani minister, przepraszam ministra – Joanna Mucha. I ja, tyle że od lat, zastanawiam się nad nazewnictwem, nie wrzucając wszystkich do jednego worka. Mianowicie, jak określać osoby z niepełnosprawnościami?

REKLAMA
Przyznaję nie widziałem w miniony poniedziałek programu Tomasza Lisa w TVP 2. Po nim rozgorzała dyskusja, ale jakby o didaskaliach. O tym, że Joanna Mucha, zrobiła „Sharon Stone” i realizator obrazu nie wiedział co pokazywać albo o prośbie by zwracać się do niej per „ministra”. Jedni konkludowali pozytywnie, inni rugali za małostkowość.
Od lat zastanawiałem się nad nazywaniem osób niepełnosprawnych. Temat wrócił podczas poniedziałkowej konferencji w Warszawie – ekspertów i doradców, dotyczącej przygotowania przestrzeni na EURO 2012 dla niepełnosprawnych fanów. Temat, jakby pomijany, a niezwykle ważny. Pewnie przyjdzie czas by się tym zająć.
Na początek dobry znajomy z konferencji „Total Football – Total Access” w Londynie - Darek Dziekanowski z ironią zagaił: „Ale nawyprawiałeś z tym Śląskiem 0:4 z Legią u siebie, co się stało?”. O tłumikach Tomasza Golloba i jego sukcesach mógłbym mówić godzinami, ale o taktyce piłkarskiej pojęcia nie mam. Wiem tylko, że rzeczywiście w stolicy Dolnego Śląska drużyna Oresta Lenczyka uległa 0:4 warszawskiej Legi. Wróciliśmy więc do sedna: dostępności m.in. stadionów i lotnisk. Było o czym mówić, dzielić się doświadczeniami, o tym, co jest, co miało być, a jak będzie. W trakcie jednej z dyskusji pani – tłumacz (tłumaczka) języka migowego, pewnie słusznie, stwierdziła, żeby nie opisywać osób głuchych, jako głuchonieme. „To tak, jakby mówić na niepełnosprawnych ruchowo kaleka czy inwalida” – zauważyła miła poznanianka. No właśnie, co krzywdzi, a co nie – jedyny weryfikator.
Język polski, jak nauczał mnie profesor Jan Miodek na Uniwersytecie Wrocławskim jest bardzo bogaty w piękne słowa. Rzeczywiście, a jednak w niektórych obszarach zauważam deficyt. Oto bowiem jak – bez negatywnego naznaczenia – nazywać osoby niepełnosprawne?
Ciężko o niekrzywdzące synonimy. Mamy więc odstraszające archaizmy typu: kaleka i inwalida. Tym bardziej druzgocące, że ten ostatni dotyczy ludzi poszkodowanych na wojnie. Stąd np. Pałac Inwalidów w Paryżu, zbudowany na polecenie Ludwika XIV w 1670 roku, mający być schronieniem dla weteranów wojennych, także tych z uszczerbkiem na zdrowiu.
Kaleka razi również. Jaki ma wydźwięk sformułowanie „kalekie myślenie”, czy „kaleka społeczny”? Pytanie raczej retoryczne. Nie wspominając już o kilku słowach definiujących w internetowym Słowniku Języka Polskiego. Kaleka oznacza w języku potocznym kogoś niezręcznego, niezdarnego, niedoskonałego, uszkodzonego. Wszystko o zabarwieniu ekspresywnym.
W języku angielskim mówi się o osobie z niepełnosprawnością, nie stawiając znaku równości i nie dedykując cechy. Idąc dalej: „follow me”, nie oznacza „chodź za mną” i pewnie nie sprawia problemu nadawcy komunikatu. Nie chcę jednak wchodzić zbyt głęboko w meandry językowe.
W 2003 roku miałem przyjemność wprowadzić do obiegu moją nazwę „W-skersi”. Za sprawą autorskiej eksplifikacji programu, jego scenariusza wysłanej do TVP, który był potem emitowany z przerwami przez prawie 3 lata w programie I. Opisując osoby z różnymi niepełnosprawnościami, które pomimo oczywistych trudności radzą sobie w życiu mogą być dobrym przykładem dla innych. Było też miejsce dla gwiazd. Kaśka Nosowska, której towarzyszyliśmy na próbie, opowiadała m.in. o tym, że szczytu, nie osiąga się za pomocą magicznej różdżki.
Nazwa w-skersi, nie tylko dla mnie stała się, zwłaszcza wśród młodych ludzi, synonimem aktywnej osoby niepełnosprawnej. O likwidacji barier dla w-skersów pisano w konkluzjach urzędniczych pism w Poznaniu, tak nazwała się grupa Dolnośląskiego Stowarzyszenia Ostoja, wspierającego osoby z Mózgowym Porażeniem Dziecięcym, gdzieś słyszałem też o stronie w-skersa w internecie. W końcu tak nazwałem jednego z trzech wrocławskich krasnali, stojących u wrót do tzw. starego ratusza, w samym sercu miasta. W-skersi - pojęcie, jak wiele innych, mające swoich zwolenników i przeciwników. Na pewno jednak nie pejoratywne. O to bowiem chodzi, by nazywając nie krzywdzić.
Pojawia się ostatnio, zwłaszcza na tzw. „plotkarskich portalach” sformułowanie „wylaszczona”. Akurat tekst czytany przeze mnie dotyczył „Rozbawionej i wylaszczonej Oli Szwed”, pięknie się prezentującej na imprezie Marcina Mellera. Jeśli to nie gryzie, nie krzywdzi „why not”, jak mawiają także w naszym kraju. Mam koleżanki, które się nie obruszają, gdy mówi się o nich per „lachony”, mamy członkinię rządu Donalda Tuska, która chce być nazywana per „ministra”. Mnie to nie przeszkadza.
Wracam więc do dotykającego mnie i nie tylko, deficytu w języku polskim. W-skers, dla mnie brzmi dumnie, osoba niepełnosprawna mnie nie razi (a w końcu nazywać jakoś trzeba), ale będę „warczał” na sformułowanie „kaleka” i „inwalida”. Jakoś nie przystoi do wybieranego przeze mnie koloru wózka: niebieski metalic, podróżniczych pasji, i łezki w oku przy mistrzostwie świata Tomasza Golloba.
Jednym słowem. Wyczucie, subtelność i kultura, a i pewnie stosowanie się do starej prawdy „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”.