2013 miał nie nadejść, dla mnie z kilku powodów. Ale co tam - wszystko wskazuje na to, że przyjdzie – wystrzeli szampanem o północy, obudzi „zmęczonym porankiem” we wtorek. Zakończy moje 33 wiosny, z których miało „zakwitnąć” – wedle prognoz lekarzy – jedynie 15, w porywach do 20. Jako dosyć leciwa mumia spoglądam zatem z optymizmem w przyszłość. Nie myślę o wnukach, ale – z perspektywy wózka w kolorze indygo – z nadzieją zerkam na nieodwiedzone na świecie miejsca i zawodowe plany. Bez rozśmieszania Boga swoimi perspektywami i patosu, myślę i wierzę, że 2013 (mimo „13” w dacie – nie wierzę w gusła) też przyniesie uśmiech i radość, nawet jeśli czasem przez łzy.
- Dlaczego pan jeździ na wózku? – słyszę przy kolejnej rozmowie.
- Z powodu choroby: postępującego zaniku mięśni, w wieku 13 lat podejmując samodzielną decyzję, siadłem na „cztery koła”, co paradoksalnie pozwoliło mi „więcej” – odpowiadam.
- Zanik, czyli co, na czym to polega?
- Dystrofia mięśniowa typ: Duchenne
- Czyli na końcu zaników śmierć, w jakim wieku?
- 14, 15 lat optymistycznie – 25
- A Pan ile ma?
- 33
- Czyli dawno powinno pana nie być?
- No tak
- Dobrze pan wygląda, jak na „zakonserwowaną mumię” i ciągle się panu chce?
- Oj tak
33 lata, koniec 2012 roku dobry czas na podsumowania. Dookoła wielu sumuje sukcesy, mnoży zachwyty, spisuje to, co się udało zrealizować. „Kiedyś spisz swoją historię. Zrób to dla siebie i dla innych”, rzuciła mi kiedyś Joanna Borysewicz, której ojciec hipnotyzując gitarę, nadał jej gigantyczne dźwięki w utworze „Na granicy”. Wielu innym też, ale ten zapadł mocno we mnie. Wracam więc do spisywania historii – obiecuję, kiedyś tak :)
Dziś, pod koniec roku, chciałem zwrócić uwagę na ludzi. Dzięki nim można, codziennie da się: wstawać i chcieć. A potem, do późnych godzin nocnych „zarabiać na sen”. Działaniem, spotkaniem, rozmową – pomaganiem innym, które uskrzydla. To nie jest pusty frazes, że „stanowisz tyle, ile możesz dać innym”.
Mnie więc dali, a ja oddaję. Najpierw rodzice, bez teoretyzowania, pokazując, że mimo śmiertelnej choroby można się realizować. Potem przełożyć marzenia o zostaniu żużlowcem, na… dziennikarstwo, żeby poznać ujmującą dyscyplinę „od kuchni”. Siostra – Magdalena, nowy oddech, kolejny początek. Żeby potem to, co się już udało, było zachętą dla innych. Kiedy szefowałem Parlamentowi Młodzieży Wrocławia, organizując manifestacje „Przeciwko przemocy”, współtworząc „Raport nt. Stanu Wrocławskiego Szkolnictwa”, czy współtworząc z gminą Wrocław, pierwszy w historii miasta Wolontariat Miejski (wtedy na Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny w 1997 roku), czy pracując już od szkoły średniej, jako w-skers, dla dolnośląskich i ogólnopolskich dzienników. Skoro o W-skersach, to też w końcu – dzięki przyjaciołom, przekonać się do tego, żeby w trakcie studiów wymyślić autorską nazwę, scenariusz i program „W-skersi”, emitowany potem z przerwami w programie I TVP. Czyli po prostu podzielić wizerunkiem pozytywnych bohaterów i gości-gwiazd, które też dążąc do celu, pokonywały trudności. Potem, wspólnie z kumplem produkując magazyn „Bez barier”, na antenę TVP Wrocław i realizując inne projekty TV. Czy w końcu dzisiaj, na terenie Wrocławia, jako rzecznik miasta ds. Osób Niepełnosprawnych wspierając i promując tworzenie „przestrzeni bez barier”. Ta przede wszystkim powinna być w głowach, co udowodniły Igrzyska Paraolimpijskie. I choć służbowym terenem jest Wroclove, to trudno – poza codziennymi działaniami – odmówić rady i pomocy po telefonie z Chocianowa, czy Białej Podlaskiej. Ciężko nawiązywać, poza dużymi projektami, do konkretnych, indywidualnych problemów. Nie tylko dlatego, że dotyczą danych wrażliwych, ale – przede wszystkim, są osobnymi historiami, których dotykają łzy, radość i codzienność.
Podobnie, jak trudno nie dostrzegać potrzeb młodych ludzi, kiedy w ramach projektu „Między nami W-skersami”, organizowaliśmy z Fundacją W-skersi rozmowy z Oliwią Jabłońską, wicemistrzynią Igrzysk Paraolimpijskich. Pływaczka, jako piętnastolatka, opowiadała swoim rówieśnikom, że przeszkoda nie jest usprawiedliwianiem do marazmu. Ale nie o wymienianie tych działań chodzi…
Dużo ludzi podsumowując rok, spogląda na nagrody. Czy one są miarą sukcesu? Dla mnie nie. Genialnie na temat realizowanego przez Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji plebiscytu "Człowiek bez barier", podczas uroczystej Gali w Zamku Królewskim, mówił Piotr Pawłowski, szef i inicjator przedsięwzięcia.
„Najlepiej byłoby gdyby te plebiscyty nie były potrzebne. Oznaczałoby to, że jest już super. Osoby z niepełnosprawnością są dobrze odbierane w głowach innych ludzi i mają przyjazne przestrzenie architektoniczne. Dzisiaj jednak – dzięki takim plebiscytom - możemy mocniej przebijać się do mediów i pokazywać dobre postawy. Nawet najmniejszy plebiscyt pokazujący aktywność i osoby z niepełnosprawnością jest bardzo ważny” mówił skromnie, na podsumowaniu plebiscytu o charakterze ogólnopolskim, w którego jury zasiadali m.in. eksperci z PAN, pod patronatem Rzecznika Praw Obywatelskich.
Miałem, na prośbę redakcji naTEMAT, wspomnieć o gali i swojej nagrodzie już a październiku. Jakoś się wtedy nie udało pochwalić, a to zdanie Piotra najbardziej mi utkwiło, i to, żeby z szacunkiem doceniać ludzi obok.
Działa się, z potrzeby serca, nie dla wyróżnień i nagród. To pozwala zachować niezbędny dystans. Dzięki tym, którzy wspierają na co dzień, w ogóle można. Ludziom, którzy dla mnie są skrzydłami, niezbędnym „backupem”.
Myślę też o „backupie” mojego kumpla Macieja, który rok temu na dzień dziecka – w efekcie choroby, postępującego zaniku mięśni - już się nie obudził. Dopóki jednak był, dzięki wsparciu Rodziców, Brata, Najbliższych – witał i żegnał uśmiechem, optymizmem w ważnych i trywialnych sprawach. Z lasem klubowych szalików nad łóżkiem, stojącym obok respiratora. Wśród barw z całego świata, udało mi się przemycić jeden żużlowy – Sparty Wrocław. Walczył też, kolejny futbolowy fan – Dawid Zapisek, spełniał swoje marzenia na EURO 2012. Nie udałoby się wiele, gdyby nie wsparcie Rodziców, nie udałoby się wszystko, gdyby nie Jego chęć i determinacja. Czasem po tych, wielkich dla mnie Postaciach, zostaje Rodzinny Kontekst, ale mniej wtedy odwiedzin, zostaje nostalgia. Warto na to zwrócić uwagę, dać wsparcie. A – póki na to czas – dbać o relację z tymi, którzy wokół nas.
Wzruszony jestem więc, kiedy latając z Gosią od 2,5 roku w kolejne podróże możemy tam w górze, na niebie „pomachać skrzydłami” tym, których już nie ma. A potem, żeby móc dalej działać, nabierać energii w przestrzeniach szczęścia – gdzieś w kolorowych, tolerancyjnych i cudnych architektonicznie Włoszech, pędzącym Londynie, barwnym kulturowo Marrakeszu, czy łączącej powulkaniczne, suche połacie ziemi, z cudowną roślinnością (dotykiem człowieka) Fuerteventurze.
Patrząc w nasze, „limit edition” podsumowanie roku w specjalnie, wydanej w dwóch egzemplarzach książce z fotografiami, ilustrującymi miejsca, zdarzenia wiem, że warto. W ogóle chyba warto częściej oglądać wywołane zdjęcia, zaglądać także do tych zrobionych oczyma duszy, wtedy łatwiej o śmiech, radość i zdecydowanie mniej frustracji.
Po 33 latach myślę sobie, choć nie mam patentu na rację absolutną, że ludzie, którzy „czegoś mocniejszego” w życiu doświadczyli, potem – jeśli nie dali się porwać frustracji – bardziej doceniają z uśmiechem kolejne poranki.
Tym samym, po bardzo krótkim zerknięciu wstecz, a przede wszystkim zwracając uwagę, że warto docenić i dopieszczać ludzi wokół, „nasze skrzydła”, życzę Państwu…: dużo piękna, dystansu do samych siebie, mnóstwa spełnionych oczekiwań, realizacji marzeń i tego, żeby kolejne poranki, dni i wieczory dały satysfakcje przed zamykaniem powiek, a tam cudownych snów!
