Na ulicach Marakeszu nowe środki lokomocji mieszają się z... bardzo tradycyjnymi fot. Małgorzata Lisowska
Na ulicach Marakeszu nowe środki lokomocji mieszają się z... bardzo tradycyjnymi fot. Małgorzata Lisowska

Przedświątecznie. Warto czasem zostawić pęd, „sprawy na wczoraj”, nadęte kłótnie na Wiejskiej, poszukiwanie – zdawałoby się „sprawnych inaczej” – w smoleńskim wypadku teorii spiskowej i poszukać słońca: i dla duszy, i dla ciała. Mi się udało, w uroczym towarzystwie, odkrywać folklor jarmarku w Marrakeszu, piękno ogrodów Majorelle, czy w końcu właściwości cud-oleju z owoców arganowych. Eksplorowanie Maroka, kolejny rozdział życiowej pasji podróżowania, jest możliwe także dla w-skersa.

REKLAMA
Fotografie pozostające w głowie, przeżycia i piękne chwile noszone na nośniku trwalszym niż klisza, czy karta pamięci. Moment zatrzymania, by nie dać się zwariować. Nie da się być wszędzie i zawsze. Dałem się ostatnio temu przekonać, podczas rozmowy z przyjacielem. Stanąć i oddychać pięknem dookoła, zostawiając gdzieś z boku zbędne didaskalia, ludzi, którzy dla rozgłosu w jutrzejszej prasie przekroczą rubikon wartości.
„Podróżować to żyć” mawiał duński bajkopisarz Hans Christian Andersen, a potem kusił poznawaniem świata Ryszard Kapuściński. Daję się więc uwieść, by raz na jakiś czas chłonąć inną kulturę, tradycję – w pięknym towarzystwie. Tym razem Maroko: Agadir i Marrakesz.
logo
Widok na Agadir i Ocean Atlantycki fot. Małgorzata Lisowska

W kraju, w którym swoje miejsce znalazł Yves Henri Donat Mathieu Saint Laurent, zostawiając w spadku piękne roślinności w ogrodzie swojej willi, w którym zresztą miano rozsypać jego prochy. Maroko, miejsce na ziemi, w którym umawianie się na konkretne godziny, czy nawet dni jest na „mniej więcej”. Bez stresu, choć z dodatkiem frazy: IN SZA ALLAH(jak Allah pozwoli). Punktualność nie jest najmocniejszą stroną, a to jednak tam udało się wybudować autostradę, przecinającą niemal cały kraj, dzięki której z Agadiru do Marrakeszu (czyli odległość liczącą „mniej więcej” 270 – 310 kilometrów) można przejechać w ciągu około 3,5 godziny.
U nas się nie udaje, a tam tak i to rękami… Chińczyków.
Podzielę się, na szybko, trzema spostrzeżeniami. Resztę, obszerniej, może w końcu ulegając namowom, w przyszłości...
Cuda. Śmiałem się ostatnio na wspólnej biesiadzie z wrocławskim Klubem Kibiców Niepełnosprawnych, że wielu w-skersów wpada nań, a potem wstaje i przesiada się na krzesła. Różne są przypadłości zdrowotne, pozwalając czasem na chwilę „stand up’u”. Choć, po kilku drinkach, można byłoby pomyśleć, że cuda się dzieją w mieście mostów – Wroclove.
Mam z tymi „cudami” na różnych lotniskach świata doczynienia na bieżąco. Kiedyś, w Turcji dwóch celników przekonywało mnie, żebym wstał. Otarło się nawet o kierownika. Chcieli sprawdzić wózek i co rusz wypalali „please stand up”. Nie pomogły tłumaczenia. Poznany na Riwierze Tureckiej kolega stwierdził, że to może był Pan Jezus, cud miał być blisko, a ja okazałem się „niewiernym Tomaszem”. Cóż następnym razem, pomyślałem wtedy. Nieco wcześniej, w Egipcie, pan z obsługi po zniesieniu mnie z samolotowych schodów rzucił: „Twenty dollar’s bakszysz my best friend”. Różne są formy przyjaźni, zdałem sobie sprawę. Przed dwoma tygodniami w Agadirze z kolei usłyszałem „come on”, do którego jeden z panów zachęcił gestem, bym wstał i przesiadł się na wózek. Kurcze, nie ma dla nich rzeczy niemożliwych, dostrzegłem. Potem, bez pasów na samolotowym wózku, dotrwałem w drodze do ciężarówki z windą (ambuliftu), gdzie stał już mój czterokołowiec. Nasze lotniska są coraz bardziej funkcjonalne i przyjazne, choć tzw. „czynnik ludzki” pozostawia jeszcze sporo do życzenia (o czym potem, w innym tekście), dużo jeszcze do zrobienia w sprawie „know how” dla obsługi, ale jakby mniej jest w Polsce wiary w to, że pasażer „wstanie i weźmie wózek na plecy”.
logo
Ogrody Yves Saint Laurenta fot. Małgorzata Lisowska

Wracam do Marrakeszu. Tajemniczego miasta, otoczonego czerwonymi murami. Piękne barwy wyjątkowej roślinności w ogrodach Yves Saint Laurent robiły zdecydowanie większe wrażenie od pałacu Bahia i komnat, a to kolejnych żon, a to konkubin króla. Swoją drogą ciekawe określenie w języku polskim: „konkubina”. Jesteś w związku z damą, która skradła ci serce i mówisz o niej per konkubina. Fuu.
Folklor placu Jamii al.-Fana i wizyta w medinie wpisanej na listę UNESCO objawiło się kolejnymi kolorami podróży. Że wspomnę jeszcze niezwykle spontaniczne reguły ulicznego ruchu i wszędobylskie motorowery, i skutery. Jak słyszysz sygnał – zejdź z drogi, inaczej może być krucho. Tu nie ma taryfy ulgowej. Tańczące kobry nadają kolorytu, choć podobnie jak małpki, z którymi autochtoni proponują fotki, mogą nie mieć, niestety właściwych warunków życia. Odwiedzamy też aptekę przede wszystkim z cud-specyfikami, cokolwiek to znaczy, na bazie owoców arganowych, czy w końcu arganowego oleju kosmetycznego. Zapachy ziół drażnią nozdrza, a polskojęzyczny Abdul zaprowadza nas do znanej restauracji.
logo
Jamii al.-Fana fot. Małgorzata Lisowska

Bazą siedmiodniowego pobytu był Agadir i przystosowany hotel z przyjazną obsługą. Choć warto było się wybrać na szczyt góry z napisem na zboczu „Allah, ojczyzna, król”, a na niej wśród wielbłądów zaniedbany kramik, pełniący funkcję sklepu, a jakże z lodówką coca-coli. Niżej warto zajrzeć do portu przeładunkowego sardynek, jak mówią tutejsi, największego na świecie. Rybny targ, dosyć specyficzny zapach, zardzewiałe – choć pływające łodzie, pokazują zupełnie inny, niż kurortowy wymiar Agadiru. Miasta, w którym jest miejsce na Meczet, Synagogę i kościół katolicki.
logo
Port przeładunkowy w Agadirze fot. Małgorzata Lisowska

Ocena Maroka przez pryzmat kilkudniowego pobytu mogłaby okazać się zbyt spłaszczona. Napiwki, wymuszane deale są elementem nieodłącznym, ale życzliwość autochtonów nie jest wyliczana jedynie przez tamtejsze Dirhamy. Mediny to miejsca w których warto pilnować swoich portfeli i, choć nie są najczystsze, pozostawiają ciekawe wspomnienia. Kolorystyka roślinności i tkanin, a przede wszystkich – zupełnie innych dla nas, europejczyków – warta jest zobaczenia.
U mnie Maroko ma długi: słoneczny, bo częstowało mglistą zasłoną i… niewyspania. Zmiany czasu w Polsce sprawiły, że uciekły gdzieś dwie godziny i choć wydawałoby się, że efekt „jest-lag” obejmuje raczej loty do USA i te trwające powyżej 6 godzin, to jednak ciągle poszukuję niedoczasu. Znam sposób na rekompensatę, ponowna wizyta.
Kiedy więc patrzę, po powrocie na to, że jeden pan mówi, iż to co powiedział w udzielonym wywiadzie, powiedział, ale jakby inaczej, a inna pani na mównicy w Sali Plenarnej w tzw. „merytorycznej dyskusji” o emeryturze używa „bożych argumentów”, opierając się o najniższe formy atawizmu – wiem jedno. Podróżować to żyć, najlepiej – z dystansem. Polecam.