Odruchowo zasłoniłam dłonią nos i usta. Unoszący się dookoła zapach parującej rybiej posoki był trudny do zniesienia. Najwyraźniej rano odbył się tutaj targ rybny a to, co z niego pozostało, wysychało teraz w upale południowego słońca. Pośrodku drogi kłębiła się sterta śmieci, na której pasły się kozy, zaś poskładane puste stoły podpierały mury okolicznych domów. Rzuciłam Andrzejowi porozumiewawcze spojrzenie i przyspieszyliśmy kroku. Byliśmy w samym środku dzielnicy rybackiej (...).

REKLAMA
logo

Słońce dzielnie wspinało się po porannym nieboskłonie, gdy dobijaliśmy do przystani Bangsal na Lombok po trwającej około piętnaście minut przeprawie łodzią z Gili Air. Okoliczne wzgórza zdążyły w międzyczasie zmienić swoje kolory z granatowych na zielone.
logo
Wzgórza na wyspie Lombok.

Mieliśmy przed sobą cały dzień i wyspę, na której nie byliśmy nigdy wcześniej, planowaliśmy przemieścić się na przeciwny jej brzeg - do Kuty, gdzie w naszych wyobrażeniach czekała na nas piękna plaża z biało-żółtym piaskiem i turkusowo-szmaragdowym oceanem.
logo

Ledwo łódź zaryła rufą w czarno-brązowy piach obskurnej przystani, a stojący na brzegu kierowcy z lokalnych firm transportowych obskoczyli wysiadających na brzeg turystów i zaczęli wykrzykiwać:
- Bilet, pokaż mi twój bilet!
- Dokąd jedziesz?!
Wyraz twarzy podróżnych zmienił się - do tej pory zrelaksowani i uśmiechnięci nagle skurczyli się i zamknęli w sobie, jedni pokazywali bilety i momentalnie byli wywlekani z łodzi przez kierowców, a drudzy przemykali bokami, jak osaczone przez drapieżniki gazele. Jednak dalej wcale nie było łatwiej, na odcinku kolejnych kilkudziesięciu metrów czekali następni prywatni przewoźnicy.
logo
Główna ulica w Bangsal, Lombok, 2016.

Wzdłuż ulicy Bangsal Baru krajobraz znacząco upiększały i ożywiały graffiti autorstwa Bujangana Urbana, umiejętnie odwracały uwagę od tutejszej architektury w stylu komunistycznych baraków.
logo
Graffiti w Bangsal (Lombok) - autor Bujangan Urban.
logo
Graffiti w Bangsal (Lombok) - autor Bujangan Urban.
logo
Graffiti w Bangsal (Lombok) - autor Bujangan Urban.

Z Gili Air wykupiliśmy transport łodzią i busem do Kuty, łącznie na jednym rachunku, z którym po opuszczeniu łodzi mieliśmy (zgodnie z wytycznymi agenta) dojść do zajezdni autobusów w Bangsal, gdzie miał czekać na nas bus. Przebrnęliśmy przez stado naganiaczy i cinkciarzy w przystań, minęliśmy oficjalną bramę wjazdową ze stróżówką i szliśmy dalej przed siebie, aż doszliśmy do zajezdni autobusowej, gdzie stały jakieś prywatne samochody, ale nie było ani jednego znaku czy tabliczki kierującej nas do busa.
logo
Brama wjazdowa do przystani w Bangsal (Lombok).

Nieopodal stały „blue taxi” i z ciekawości podeszliśmy zapytać ile kosztuje przejazd (klimatyzacja i skórzane fotele - luksus jak na tą okolicę), okazało się, że tyle samo co wykupiony przez nas przejazd. Nagle z bramy, stojącego vis a vis dworca domu, wypadł mężczyzna i zaczął machać do nas ręką:
- Chodźcie tutaj, my was odwieziemy tam dokąd macie wykupiony transport - zawahaliśmy się i to był nasz błąd, mężczyzna to zauważył - Tam dalej nie ma już nikogo, kto miałby was zawieźć na miejsce, a jeżeli pójdziecie dalej, to do mnie nie macie już po co wracać!
Słysząc to stanęliśmy jak wryci, z taką formą marketingu jeszcze się nie spotkaliśmy. Po przejściu przez krzyżowy ogień naganiaczy w przystani mieliśmy już dość Bangsal i powoli było dla nas obojętne kto nas zawiezie do Kuty i czym, nie chcieliśmy tylko trafić na kierowcę, który po przejechaniu kilku kilometrów zatrzymałby się w szczerym polu i poprosił o ponowną zapłatę biletu (czytaliśmy o takich przypadkach na Bali). Za bramą domu naganiacza stało już kilku turystów najwyraźniej czekających na transport busem, skierowaliśmy się w tamtym kierunku coraz bardziej marząc o dotarciu do hotelu.
Upakowani w mikrobusa jak sardynki, z kilkoma innymi turystami i deską surfingową mknęliśmy krętymi drogami Lomboku raz pod górę raz w dół, przez miasteczka i wioski, tropikalne lasy i pola ryżowe. Mijaliśmy usytuowane tuż przy plażach (z dala od osad) zamknięte kurorty i wielogwiazdkowe hotele. Wzdłuż urwistych brzegów wyspy, co jakiś czas, stały przydrożne knajpy, garkuchnie i stragany z zadaszonymi drewnianymi lub betonowymi altanami, gdzie siedząc można było podziwiać piękne krajobrazy rozciągających się w dole żółtych, ziemistych lub szaro-czarnych plaż albo pionowych klifów, o które rozbijały się spienione fale ciemno błękitnego oceanu.
logo
Przydrożna garkuchnia i platformy z widokiem na zatokę, Lombok, 2016.
logo
Jeden z wielu punktów widokowych na Lombok, 2016.

Mieszkańcy wyspy Lombok to głównie wyznawcy islamu, więc nie opalają się na plaży i nie pływają w morzu, jedynie spacerują.
logo
Spacer po plazy, Lombok, 2016.

Domy i kamienice wyglądają jakby „lokalni architekci” kładli nacisk wyłącznie na funkcjonalność, a mieszkańcy nie dbali o estetykę. Nie można pominąć wszechobecnych śmieci , połatanych dachów i obowiązkowej obecności grzybów oraz pleśni, które pożerają ściany budynków w iście zawrotnym tempie z powodu wysokiej wilgotności powietrza.
logo
Lombok, 2016.
logo
Lombok, 2016.
logo
Lombok, 2016.
logo
Samochód policyjny z armatkami wodnymi zaparkowany przed posterunkiem, Lombok, 2016.

Przejazd z jednego końca Lombok na drugi w ciasnym dusznym, rozklekotanym busiku trwał ponad dwie godziny, więc gdy dotarliśmy do hotelu marzyliśmy o prysznicu, chłodnym napoju i obiedzie. Budynek wyglądał na zadbany: bielona fasada, trawa strzyżona regularnie nożycami do żywopłotu, basen czyszczony codziennie, wypucowana na błysk recepcja, jednak wnętrze pokoju wyglądało jak z horroru: spleśniałe meble, czarne od grzyba fugi w łazience i gruba warstwa kamienia na armaturze, dodatkowo mokra i lepka podłoga w pokoju i wilgotna pościel. Zostawiliśmy bagaże i postanowiliśmy nie analizować ocen przyznanych w sieci temu przybytkowi przez poprzednich gości.
logo
Zewnętrze hotelu...
logo
...wnętrze.

Wychodząc z hotelu zauważyłam, że drzwi do kuchni stały otworem, w przejściu na ziemi siedzieli bagażowi, kelnerzy, ogrodnicy i jedli obiad, ale nie robili tego tak jak europejczycy - talerze z potrawą stały bezpośrednio na ziemi a jedzenie nabierali rękami, trochę nachylając się nad talerzem. Przestało mnie dziwić dlaczego nie potrafią nakryć do stołu. Kilka kroków od hotelu stała zbudowana z desek i bambusa wegetariańska restauracja (pierwsze i ostatnie w tym dniu miłe zaskoczenie), która serwowała różnorodne i smaczne dania.
logo
3w1: restauracja z bardzo smacznymi daniami, odzieżowy z chustami farbowanymi techniką batiku i jubiler; Lombok, 2016.

Minęło południe i ostatnią rzeczą, o której marzyliśmy był powrót do pokoju, wyruszyliśmy więc w stronę najbliższej plaży.
Po drodze mijaliśmy przydrożne sklepiki i stoiska, każdy handlarz zdążył nas przynajmniej raz zaczepić:
- Kupicie owoce?! Może ryby?
- Wynajmijcie ode mnie skuter!
- Podwieźć was gdzieś? Taksówka!
- Chcecie jechać na wycieczkę? Treking na wulkan!
- Czas na obiad, zapraszamy!
Niektórzy krzyczeli jeszcze długo po tym jak minęliśmy ich punkt.
logo
Wędzone ryby, szaszłyki i pralnia; Lombok, 2016.
logo
Stragan z owocami, Kuta na Lombok, 2016.

Szliśmy prosto przed siebie główną drogą, a potem skręciliśmy w pierwszą w lewo, oficjalną trasę na plażę - ulicę prowadzącą przez dzielnicę rybacką. Po przejściu kilku kroków odruchowo zasłoniłam dłonią nos i usta. Unoszący się dookoła zapach parującej rybiej posoki był trudny do zniesienia. Najwyraźniej rano odbył się tutaj targ rybny a to, co z niego pozostało, wysychało teraz w upale południowego słońca. Pośrodku drogi kłębiła się sterta śmieci, na której pasły się kozy, zaś poskładane puste stoły podpierały mury okolicznych domów.
logo
Kozy pasące się na stercie śmieci, Kuta na Lombok, 2016.

Rzuciłam Andrzejowi porozumiewawcze spojrzenie i przyspieszyliśmy kroku. Byliśmy w samym środku dzielnicy rybackiej, otaczały nas słomiane chaty stojące na bambusowych palach i małe murowane, bardzo brudne domy kryte blachą. Podwórka wydziobane do gołej ziemi przez chude kurczaki okraszały plastikowe papierki po batonikach, chipsach i napojach. Dzieci bawiły się zabawkami zbudowanymi z patyków i sznurka, dorośli naprawiali sieci, a psy z sierścią w kolorze piasku leżały leniwie w cieniu bambusowych altan lub przy ogrodzeniach.
logo
Kuta na Lombok, 2016.
logo
Kuta na Lombok, 2016.

Paręnaście metrów dalej zaczynała się plaża [1], która nie odbiegała stylem od wioski rybackiej - śmieci i martwa trawa morska pływająca między zgniłymi łodziami rybackimi. Dodatkowo zatoczkę przecinał wpływający do oceanu lokalny (ś)ciek wodny, który w czasie przypływu odcinał dostęp do drugiej połowy plaży. Kolory i formy tworzyły ciekawą kompozycję nadającą się do zdjęć artystycznych lub przyrodniczych, ale nie do plażowania czy pływania w poszukiwaniu kolorowych rybek.
logo
Zdjęcie satelitarne wybrzeża w Kucie na Lombok.
logo
Plaża w Kucie na Lombok, 2016.
logo
Plaża w Kucie na Lombok - lokalny ciek dzieli plażę na pół i wpada do oceanu; 2016.

Podobnie było z dwiema sąsiednimi plażami - za to pod względem krajobrazowym prezentowały się pięknie. Pierwsza z nich była długa i szeroka , dobra na poranne lub wieczorne spacery [2]. Żółty brzeg usłany była martwą trawą morską ułożoną w koronkowe wzory przez wspinające się po piasku głęboko szafirowe mięsiste fale. Główna droga biegłą niecałe 40 metrów od plaży, na dzielącym je odcinku rosło kilkanaście drzew, w których cieniu trudno było się skryć przed palącym słońcem, i niestety dodatkowo wszędzie walały się plastikowe woreczki i papierki po batonikach - pamiątki po weekendowych wizytach mieszkańców z innych części wyspy.
logo
Plaża w Kucie na Lombok, 2016.
logo
Tuż przy plaży [2] w Kucie na Lombok, 2016

Kolejna plaża [3] położona była z dała od głównej drogi, żeby do niej dotrzeć trzeba było przejść około pół kilometra wzdłuż prowizorycznych domów lokalnej biedoty (nieotynkowanych baraków z pustaków, krytych blachą, bez powały, bez tynku, bez drzwi), w towarzystwie patrolujących okolicę poszczekujących psów i stada pasących się bawołów. Plaża graniczyła z polami, na których rosły orzeszki ziemne i palmy kokosowe. Jest rzadko uczęszczana, zdecydowanie czystsza od poprzednich i usłana drobnymi martwymi koralowcami. Miejscami z wody sterczały czarne obłe skały, przez co pływanie było tutaj niebezpieczne, tworzyły się wiry. Z dala od ludzi i samochodów można było usiąść pod wygiętym od wiatru drzewem i nacieszyć oczy urokiem roztaczającego się krajobrazu.
logo
Dzika plaża w Kucie na Lombok, 2016.
logo
Dzika plaża w Kucie na Lombok, 2016.
logo
Grudki piasku wyglądały jak malutkie kulki styropianu.
Plaże w Kucie na Lombok zapamiętam jako malownicze, niezagospodarowane pod turystykę, na wpół dzikie. Bardzo możliwe, że wkrótce zmienią się nie do poznania, gdy zainteresują się nimi prywatni inwestorzy - postawią kilka barów, zasadzą drzewa, wbiją parasolki, usuną z wody te najbardziej niebezpieczne głazy, wygrabią piasek, pozbierają śmieci i puszczą głośno muzykę.
Zanim jednak to nastąpi może upłynąć wiele lat, dlatego przybywając tutaj następnym razem będę pamiętać, że w Kucie na Lombok mogę surfować na desce, łowić ryby na wędkę, spacerować lub wyruszyć na kilkudniowy treking na wulkan.
logo
Kuta na Lombok, 2016.

Ceny w hotelach, restauracjach i na straganach (dla turystów) nie odbiegają bardzo od balijskich, ale standard życia lokalnej ludności jest zdecydowanie niższy. Już na pierwszy rzut oka widać, że bieda wyziera tu z prawie każdego domu, drogi są dziurawe, śmieci leżą wszędzie, gdzie okiem nie sięgnąć, a po ulicach włóczą się dzieci, które namawiają turystów do zakupu ręcznie robionych bransoletek. Na szczęście klimat jest tutaj bardzo ciepły i wystarczy mała porcja jedzenia żeby przetrwać cały dzień oraz prosta chatka żeby mieć gdzie się przespać. I tak z dnia na dzień życie jakoś toczy się w Kucie na Lombok, uboższej siostrze wyspy Bali.