Lotnisko im. Lecha Wałęsy w Gdańsku. Nowy terminal. Wypucowany. Europejski. Świecący. Robi wrażenie.
REKLAMA
Przechodzę przez bramki, duty free i inne frykasy. Kawiarnia - tego szukam. Znajduję coffee corner, ale ok. Miało być europejsko. Zamawiam zieloną herbatę (podają w coffee corner, a co?) i... - zamiast zapachu aromatycznego napoju - czuję smród papierosów! Zaglądam za ladę. Pani obsługująca bar? Nie. Panowie, którzy walczą z wiertarkami i kontaktami? Nie.
Nie wierzę własnym oczom! I nosowi! Tuż obok coffee corner jest...smoking corner. Stoliki, popielniczki, palacze, dym. Nie, nie za ścianą. Nie za zamkniętymi drzwiami. Ot tak, naturalne przejście od kawy do papierosów. Jim Jarmusch byłby dumny: "Kawa i papierosy".
Ja nie jestem. Uciekam do najdalej schowanego stolika i zastanawiam się, kto tak spieprzył przyjemną kawiarnię?! I czy to zgodne z normami europejskimi (skoro już mamy cornery zamiast kawiarni) żebym ja, niepalaczka, krztusiła się dymem na nowiuteńkim lotnisku, które dla mnie już nie pachnie nowością...
