Wydawało mi się, że mecze koszykówki to nuda. Nie umiem grać, nie interesuję się ligowymi rozgrywkami, nawet nie podkochuję w zawodnikach.

REKLAMA
Jak bardzo się myliłam!
Skoro już odwołali nam nowojorski maraton, Maciek Kurzajewski wymyślił, że idziemy do Madison Square Garden na Knicksów. Niewiele mi to mówiło, ale jak tu nie zaufać guru od sportu. Poszłam.
Gigantyczna hala robi gigantyczne wrażenie. Po pierwsze: jest wypełniona po brzegi, bo koszykówka to w Stanach nie tylko sport narodowy, ale też rodzinny. Po drugie - nawet przez minutę nie mogłam się nudzić. Tak: NIE MOGŁAM! W przerwach między kolejnymi kwartami (już wiem, że mecz dzieli się na kwarty ;) tańczyły cheerleaderki, dzieci fikały salta w tył, animatorzy strzelali w publiczność koszulkami Nicksów, a kaskaderzy wrzucali piłki do kosza, po drodze wykonując takie ewolucje, ze biłam brawo jak 4-latka na koncercie Piccolo Coro dell'Antoniano!
I tak naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, kto wygrał (ok, The New York Nicks pokonali Philadelphia 76ers). To było takie show, że... interesuję się koszykówką i podkochuję w zawodnikach!