Poranny trening nad Wisłą. W powietrzu pachnie wiosną. Mój pies susami pokonuje plamy błota i stosy gałęzi. Z naprzeciwka biegacz i pies.

REKLAMA
Też rhodesian, jak mój Momo. "Nic nie będzie?" - uśmiecha się właściciel czworonoga. "Nic" - wołam. Psy stają naprzeciwko siebie. Dwa mięśniaki po 50 kg każdy. Dwa samce. Podnoszą łby i decydują, że jednak są szczęśliwymi kundlami, które nie mają ochoty wdawać się w żadne bójki. Zdecydowanie lepiej gonić swojego pańcia albo pańcię. Pierwszy plus porannego joggingu: szczęśliwy, łagodny pies. Pędzimy dalej. Mija mnie uśmiechnięta dziewczyna ze słuchawkami na uszach. "Cześć!" - słyszę i odwracam głowę. Stajemy naprzeciwko siebie. W zasadzie nie stajemy, tylko obie truchtamy w miejscu i gadamy (musiało to komicznie wyglądać z drugiego brzegu Wisły). Ta dziewczyna to Małgosia Smolińska z Gazety Wyborczej. Kiedyś namówiła mnie na udział w sztafecie Polska Biega, potem na maraton w Poznaniu. Teraz sama biega: z Placu Hallera w Warszawie, do siedziby Agory. Sprawdziłam: ponad 8 km. Małgośka, brawo! Drugi plus biegania: można spotkać znajomych i porozmawiać nie przez Facebooka i nie sms'ami. I od razu plus trzeci: nie stoisz w korkach w drodze do pracy. Biegniesz. Potem przywitałam się jeszcze z zaprzyjaźnionym bezdomnym panem i starszym biegaczem, który pędził jak dwudziestolatek. W powietrzu ciągle była wiosna. Czwarty plus biegania: widzisz zmieniające się pory roku. Piąty? Szczęście po treningu. I duma, że znowu pokonałam lenia.